Z Dziennika Wąskiego

Mamy demokrację. Każdy widzi świat inaczej, może się wypowiedzieć. Więc niech się wypowie. Ustami Wąskiego wyglądało to tak…

Droga.
– Wąski… bo wstanę!
Stoi przede mną Karpiu (165cm przy moich 185-ciu). Razem stoimy gdzieś za Riazaniem.

Wcześniej na małym moskiewskim ringu, około 4-tej nad ranem dostałem hasło:
– Zmieniasz Cichego.
Wytrzymałem za kierą może z 2h… Szybko zmienił mnie Fazik, który ledwie zmrużył oko i kazał odpoczywać na „dużej” kanapie.
Kiedy się obudziłem ujrzałem nad sobą Karpia…

Oberwałem słuszny opierdol – taki, że hej. Zrobiło mi się wstyd, bo chłopaki jechali bez chwili wytchnienia a ja jak mały chłopiec… Bawić się trza umieć!
To była pierwsza, poważna lekcja jaką odebrałem na tej wyprawie i wziąłem ją sobie głęboko do serca.

Ja się na tej mojej drodze uczyłem.
Jechałem z jakimiś cyborgami… Starałem się ale nie dawałem rady… Był taki moment, że chciałem po prostu wysiąść i wtedy na prawego przysiadł się Karpiu z flaszką w ręku.
Ledwie po kilku godzinach w upale padałem na ryj a tu nagle zastrzyk energii jakiej nigdy dotąd nie doznałem! Dzieli nas przecież drugie tyle lat a czułem się jakbym z kumplem z ławki szkolnej gadał…
– Wąski, bo wstanę! Trzymaj kierunek wschód!

Później Karpia zastąpił Fazik. No, jakaś magia! Przegadaliśmy całą noc! O 6-stej rano zmienił mnie Bartek. Ledwie dotknąłem pośladkiem „sypialnej” ławki, padłem bez czucia na ryj, jak te sosny w podberlińskich lasach, co to je Fazik pokosem harwesterem kładzie…

Tabor.
Jedziemy jak Cyganie, żyjemy jak Cyganie, tylko… kobiet brak
Z każdym dniem, każdym pokonanym kilometrem oswajam się z obowiązkami i nawet pojawia się rutyna!

Pierwszy wstaje Maurycy. Budzi wszystkich pociąganiem nosa, bo cierpi na chroniczne zapalenie zatok. Jest to jednocześnie sygnał, że… kawa gotowa lub herbata. Zaparza do wyboru Maurycy i zawsze coś do treści dorzuci, grzebiąc nieustannie w trzech ogromnych, bazarowych siatach.

Ma tam wszystko potrzebne do życia i potrafi się tym dzielić. Zajmują co prawda ogrom przestrzeni bytowania ale lubimy niespodzianki. A tu suszony imbir, innym razem owoc róży a jak się wódka pojawia na śniadanie (konkuruje bezwzględnie z kawą), to na talerzyku ląduje domowy, kiszony ogórek z kawałkiem domowego, peklowanego mięsa. Jak kogo suszy, to i zimne piwo się znajdzie o wdzięcznej nazwie Namysłów np.

Jest więc Maurycy przy śniadaniu niezastąpiony. Drugie, to znakomity kierowca zmiennik. Zawsze gotowy, zawsze wypoczęty… Nie wiem, jak on to robi ale to, co robi dla zespołu, to kawał WIELKIEJ ROBOTY. Dla mnie wzór niedościgniony. Kiedy go pytam, skąd czerpie siłę, niezmiennie odpowiada:
– Swoje trza robić i tyle.
Złego słowa o Maurycym powiedzieć nie można. Po prostu nie wypada. Nawet El powstrzymuje się od sarkastycznych komentarzy, od czasu do czasu tylko klepnie Maurycego po plecach i rzuci w swoim stylu:
– A świeże to na pewno…? Wódka za ciepła, kawa zimna… Maurycy się wtedy denerwuje, bo bierze wszystko na serio a to woda na młyn dla El`a.
Na szczęście rzadko wkurza Maurycego, bo siłą rzeczy większość czasu spędza w Golfie no i mamy Karpia, który się Maurycym „opiekuje” i szybko ucina zakusy El`a.