Z Dziennika Wąskiego

Dzień 2.
Wstaję jak z krzyża zdjęty… Nie mam apetytu, trochę ćmi głowa (3000m), zakwasy wszędzie, najgorsze na barkach. Nie jestem wstanie dotknąć „kaptura”. Przygryzam wargi. Na śniadanie piję kawę, nic stałego nie jestem wstanie. Karpiu każe mi coś zjeść, bo „wydechniesz na podejściu, które nas czeka”. Ratuje mnie El robiąc koktail na bazie wody, izostara w proszku,mleka w proszku i białka serwatkowego WPC-80. Wmuszam w siebie solidny kubek o wskazanej treści, nawet to smakuje…
Alik na dzisiaj zakłada… sandały i nie jest to głupie rozwiązanie.

Pierwszy problem do rozwiązania: przeprawa przez Karaszurę. Problem się rozwiązuje sam. Przy hutorze Kulika czeka na nas mostek. W samym hutorze napotykamy Kirgiza z Dżigartal. Z mocnymi papierami, jak się okazuje. Polują tu na kozły. Są tu ich dwa rodzaje. Powszechny Kiik i Archar pod ochroną. Polują naturalnie na oba. Mięso tego drugiego wyborne… Przekonamy się o tym osobiście niebawem.

Tymczasem popiwszy czaju przekraczamy Karaszurę i rozpoczyna się podejście uroczyskiem Tupczek… 400m w pionie i to prawie dosłownie! Szybko przeliczam to na wieżowce. 400m dzielone przez 28… Matko Boska…
Karpiu wspina się w abstrakcyjnym tempie. Za nim Cichy i El. Ja idę z Alikiem i Bartkiem, który świadomie zamyka peleton.
Wspiera kuzyna, który walczy z bólem jak gdyby nigdy nic…. Żeby mnie tylko coś podobnego nie spotkało! Rzuciłbym się do Karaszury z miejsca!

Trójka liderów osiąga wzniesienie w niespełna godzinę! Mnie to zajęło 2,5 ledwie trzymając tempo Alika,który siłą rzeczy w sandałach szedł wolniej na tak niestabilnej, stromej ścieżce.
Kierownictwo na górze ordynuje znalezienie osłoniętego noclegu w sąsiedztwie jakiegoś strumienia i na dzisiaj chwacit. To ukłon w stronę”cierpiących”. Padam w namiocie jak kafka. Na kolację budzi mnie Karpiu:
– Masz i jedz. Sił nabieraj, bo… wstanę!
Normalnie się wzruszam po raz pierwszy. Kocham kierownika naszego!