Z Dziennika Wąskiego

Wzruszenie – etiuda pierwsza.

Idziemy doliną Karaszury dzielącej łańcuch Gór Piotra Pierwszego na część zachodnią, niższą, ku której zmierzamy i wschodnią – za naszymi plecami, której sercem jest ponad 70 szczytów przekraczających 5000m a 12 – 6000 z Pikiem Moskwa (6875m) na czele.

Po lewej, na wyciągnięcie ręki – chowają się w chmurach, dominujące: Pik Agasus i Siewiercowa.

Spakował mnie Karpiu, wszystko posprawdzał, ustawił i podociągał paski:
– No… Wąski… Elegancko! Teraz maszeruj i głośno krzycz: niech żyje nam Wołodia Ilicz!
Nie mam tylko kijków, ponoć nieodzownych dla ochrony stawów ale ja nigdy z nich nie korzystałem więc…
Wcześniej kierownikowi nakłamałem, że zszedłem całe Tatry wzdłuż i wszerz a tak naprawdę najwyżej byłem na Tarnicy i to z rodzicami z jakie 10 lat temu…

Dzień 1.
Trochę mnie przydusza (wysokość) ale idzie mi się nad wyraz lekko. Trzymam tempo El`a, który idzie pierwszy. Rozmawiamy o Grąbczewskim. El tłumaczy mi „okolicę” jakby tu mieszkał. Jest fantastycznym przewodnikiem. Okazuje się, że wizytował tutejsze, letnie pastwiska wcześniej, ledwie kilka kilometrów dalej na wschód. Biwakował nad jeziorem Chary Kul, gdzie rozpoczyna się ogromny płaskowyż z jednej strony stromo spadający do doliny rzeki Muksu (zbierającej wody z lodowca Fedczenki) z drugiej otwiera się na dolinę, którą obecnie idziemy.

Zmierzamy do uroczyszcze Kulika. Cha, cha…:) Z każdym kilometrem coraz bardziej jednak odczuwam trudy marszu, czego zupełnie nie widać po reszcie ekipy. 
Dzisiejszy etap, to 15km. Pod koniec dnia tempo spadło z mojego powodu znacznie, niedomaga też Alik – kuzyn Bartka -„Grąbczewski Duży”. Coś mu się dzieje ze stopami.
Rozbijamy się na nocleg i kontestujemy obolałe części ciała.
Alik prezentuje okazałe pęcherze,symetrycznie rozłożone na podeszwach stóp.
Rany Julek… W życiu takich nie widziałem! Są ogromne. Wina nowych butów. Nie udało się ich Alikowi rozchodzić. Po prostu ordynował zbyt krótkie marsze przygotowawcze (dzisiaj to wiem). Wysłuchałem przy okazji całej teorii rozchodzenia butów i jest to kawałek praktycznej wiedzy!
Dużo bardziej doświadczony w temacie Cichy również nabawił się otarć kontestując buty krótko:
– Nie polubimy się chyba…
Ostatnio (kilka lat wcześniej) zdobywał w nich Kazbegi ale czas robi swoje. Stopa z wiekiem się rozbija (taki dzisiaj mądry jestem) i trza numerację butów weryfikować. Słodki (dołączył w drugim etapie wyprawy) uważa, że co 10 lat powinniśmy weryfikować buta. Notuję więc w mózgu, co następuje:)

Na same pęcherze są dwie teorie. Alik potwierdzi słuszność. Na jednej stopie przykleja żelowe plastry,na drugiej pęcherze przebija i zostawia.