Walka z ciałem trwa!

Ciało, to nie tylko fizys, to też dusza. Gigantów dwóch zamkniętych w obywatelskim jestestwie.
Przywołuję tu pewną historię, którą opowiedział mi kolega, a która miała miejsce z początkiem lat 90-tych ubiegłego wieku na pewnej linii promowej.
Otóż ta linia promowa obsługiwana była przez prom, na którym załoga pływała w systemie dwa tygodnie praca, dwa tygodnie wolnego. Historia tyczy się niejakiego Teodora – Białorusina, człowieka dość ambitnego i mocno aspirującego.

Pewnego dnia kilku członków załogi przechodząc koło kajuty Teodora usłyszało głośne sapanie. Nawet bardzo głośne! Coś na kształt silnie wciąganego powietrza i potem nagle upuszczanego z jakiegoś zbiornika jakby. Niewątpliwie zbiornikiem tym były płuca Teodora. Stanęli więc i przysłuchują się. Dźwięki z każdą minutą, coraz bardziej niepokojące… Trzeba działać. Pukają do drzwi kajuty, tu – nic. Zero reakcji… Sapanie w pełnym toku. No więc walą w te drzwi, dalej -nic.
Jeden z załogantów pobiegł po kapitana.

Po kwadransie pod drzwiami zebrało się już niezłe konsylium. Sapanie Teodora razi decybelami, jakby ducha chciał wyzionąć. Kiedy zdesperowani chcieli już drzwi wyważać, nagle się one otworzyły i ratowniczej ekipie ukazał się taki oto widok. Po kajucie chodził Teodor w samym podkoszulku i majtkach. Chodził i sapał przeraźliwie. Nabierał powietrza w płuca i upuszczał, nabierał i upuszczał, kołysząc się/pochylając przy tym miarowo. Mój kolega – ochmistrz, pyta:
– Teodor! Co się dzieje?!
Ach… Tichaj kierownik, tichaj!
– Ale co ciszej?! No mów, co się dzieje!
Ach… Kierownik… Wzdycha Teodor. To walka gigantów…
– Jakich gigantów?!
To walka mego gigantycznego kaca z moją gigantyczną osobowością!

Nie, nie… Ze mną nic z tych rzeczy, ale na rzeczy coś jest. W moim przypadku to duch walczy z ciałem, w takiej teodorowej wersji mini. Ta walka przypomina mi jako żywo wspomnienia mego dobrego kumpla z wypadu do Afryki w 2009-tym. Oddaję mu głos:

…Z zasadnością i głębią rytuału zgadzamy się nawet z moim towarzyszem podróży, którego czas przedstawić. Nazwałem go alter ego, czyli w skrócie – Egon. O wiele rzeczy się ze mną wykłóca, jest czasem nie do wytrzymania. Chcę jechać dalej, a on nie, mówi, że trzeba sprawdzić, czy nie dostaniemy tu zimnej coli. Przecież widzę, że nie mają prądu. Stale coś mu się nie podoba: że drzewa nie mają gęstych liści i upieczemy się żywcem, chce jechać dalej. Najgorsze jest to, że nie szanuje zapasów. Są problemy z zaopatrzeniem, a on ładuje do gara za dużo pomidorów, innym razem zeżarł mi do piwa (ciepłego) cały zapas oliwek, bo miał ochotę. W sumie jednak się lubimy, gadamy całymi godzinami, śpiewamy piosenki o ułanach, śmiejemy się z siebie wzajemnie. Jest moim przyjacielem. Jedynym, jakiego mam!..

3 Komentarze

Komentowanie jest wyłączone.