Tu się czuję dobrze

Przybijamy piątkę i wjeżdżamy do… domu. Tak się tutaj czuję.
Jesteśmy umordowani nieustannym czuwaniem. Tego nie rozumie Maurycy, który zagospodarował sobie w Lublinie wygodny kącik. Zagracił swoimi fantami, mając w dupie przestrzeń innych. Nieważne… Ważne jest to, że przy tym kompletnie nie rozumie swojej roli w zespole.

Stajemy w Ferganie, by się posilić zupą Fazika.

Jedziemy ku Duszanbe.

Po to został zakwalifikowany, by realizować się jako kierowca. Dojazd był mozolny i wszyscy dzielili trudy jazdy non stop ale tylko Maurycy narzekał. Przy tym musiał mieć dostęp do swoich fantów a`priori.
Co bylo w Vegas, zostaje w Vegas. Zasada dobra ale posiada wyjątki. Pier… Vegas!

Tunel Anzob… Kiedyś to była jazda… Dzisiaj niemal skończony. Bez dziur, czysty asfalt…

Trza płacić. Kilka lat wcześniej wykpiłem się kartą płatniczą. Nie mieli terminalu rzecz jasna. Tym razem chłopaki zapłacili za siebie i za mnie:)
Wjeżdżamy do stolicy. Duszanbe, to w dari – poniedziałek.

Maurycy przeszedł sam siebie w Poniedziałku.
Po przywitaniu z Alikiem, który cierpliwie na nas czekał (szacunek!), musieliśmy znaleźć plac/kanał do montażu reduktora i wymienić luźne łożysko piasty przedniej w Golfie. Montowaliśmy je świadomie, bo nie mieliśmy wyjścia. Ta piasta ciagle się przegrzewała. W czasie między część wolnej ekipy ruszyła na miasto celem zaopatrzenia w kartę SIM TJK i parę innych pierdół.
Maurycy oczywista czekał na rozwój wypadków. Dostał namiary na sklep i… zniknął na 3h.

Zdążyliśmy wymienić łożysko i pora się zbierać a Maurycego nie ma. I tak nie wyjedziemy z Duszanbe, do póki nie zamontujemy reduktora ale trza szukać do tego miejsca a nie czekać na Maurycego.
W końcu się zjawia, do tego z zarzutami, że go zrobiliśmy w chooja, bo nie znalazł sklepu…
Ręce nam opadają…
– Nie masz chłopie języka w gębie?!
Ja pierdziu…

Faziku, do dzieła!
Lubi chłop te robotę:)
Karpiu z asystentem – widać też:)
A w środku dwa wozy z Mongol Rally. Włoskie. Nie te oczywista z pierwszego planu.

Ruszamy w poszukiwaniu kanału. Kojarzę kilka miejscówek ale koniec języka za przewodnika jest najlepszą formą. W końcu trafiamy na ogólnie dostępny ale… niedostęny. Chwilowo, resztę opisał Wąski wcześniej.
Sama akcja wymiany/wstawienia reduktora z nowymi wałami, to niesamowite zjawisko. Integracja zespołu maksymalna. Każdy próbuje pomóc jak może.
Alik, kawał chłopa – robi za dźwig, opuszczając reduktor podwieszony na linie ale… zestaw nie pasuje! Trza podciąć mocowanie łapy łożyska podporowego dla wału oryginalnego. Blacha 6-stka a miejsca jak przy macaniu dziury w 8-mce…
Chłopaki: Fazik, Karpiu i Bartek, zmieniają się co kilkanaście minut i piłują zawzięcie małym brzeszczotem, ruchami o bardzo małej ampitudzie. Wszystko nad głową. Kilka cm do przodu, kilka cm do tyłu… Nie ma się jak rozpędzić z tym piłowaniem.
Cała operacja zajęła im ponad 2h.

Na kolacjone abiedajem z fazikowego samowara. Samowar, to byl strzał w dychę. Coby nie było w kwadrans obiad masz gotowy. Czy to na nizinie, czy na 4500… Genialny wynalazek!

Robotę kończymy w paławinie 4-tej. Kolejna noc, praktycznie bez snu…
A Maurycy…?
Nie tknął niczego palcem… Kiedy się przekonał, że zostajemy, szybciutko zadekował się na tapczanie, przyległej do kanału knajpy i poszedł w kimę.

O 6-stej rano budzą nas zdziwione kelnerki. Zamawiamy kawę i o 7-mej startujemy w kierunku Dżigartal w dolinie Raszt.
Przesiadam się do Lublina… Pierwszy raz. Jakoś nie widzę swojego udziału należycie… Chwilami czuję sie Maurycym… Minionej nocy chłopaki dali spektakularny pokaz siły pracy zespołowej… Przykład znakomitej współpracy, determinacji… Jestem pod mega wrażeniem. To mnie przytłacza po prostu.
Coś się dziwnego dzieje…