To teraz coś z kosmosu

Czary. A jednak życie potrafi być piękne!

Wschodzące szybko słońce mocno nagrzewa wnętrze namiotu. Absolutnie nie mam ochoty ruszać dupska ale po kwadransie muszę wstać, bo wewnątrz skwar. Rzucam na czaszę namiotu śpiwór i pakuję się z powrotem do środka. Moszczę sobie legowisko i… odlatuję.

Budzi mnie spory rwetes powstały wokół namiotu. No kurwa, teraz?! Ile spałem?… Kwadrans? Może ciut dłużej. Jebał to pies! Leżę i nie wyłażę.
Nagle docierają do mnie strzępki angielskiego! Moment wystawiam głowę i widzę kupę luda. Wdziewam galoty i wychodzę na zewnątrz. Wokół kilkanaście jaków, drugie tyle lokalesów i… trzy blade twarze! W tym momencie zapadła cisza a na naszych facjatach zagościł uśmiech.
– Heloł, łer arju from?
– From Poland.
– From Poland?! POLSKA!!!
Czy ja dobrze słyszę? Gościu mówi – POLSKA?!
– Aj em (tu się poprawia szybko) jestem Dżon Kołalsky from ElEj, Kalifornia!
Robię taką rybę, że karp przy niej to kijanka.
– Dżon… że co?
– Dżon, Jan Kołalsky! Poland!
Ja pier… Jan Kowalski, Polak…
– A te ElEj?
– Los Endżeles!
– Aaaa.

W tym momencie Dżon wykrzykuje coś do swoich dwóch kompanów i mocno gestykulując pokazuje na mnie.
Za chwilę witamy się wszyscy serdecznie. Ściskamy, całujemy, no kurwa sielanka na maksa.
– Jakie masz plany, gdzie się wybierasz? Dżon zasypuje mnie łamaną polszczyzną serią pytań.
– Aj, znaczy ja, idę pod Kara Dżilgę.
Dżon szybko tłumaczy swoim kompanom w czym rzecz. Ponieważ zdążyłem się już ubrać dostrzegam szalony kontrast między nami.
Wczoraj nie miałem w czym się umyć, dłonie czarne od kuchenki, poszarpane dżinsy, zwłaszcza lewa nogawka (ta od skatowanego golenia), brudna optycznie koszulka (prana wcześniej, znaczy świeża, ale… brudna), klapki…

Kompani i Dżon mierzą mnie przez chwilę wzrokiem w swych swoich zajebiaszczych ciuchach, będących wizytówką najnowszych technologii…
– Ok, Dirk. My też idziemy pod Kara Dżilgę! Byłoby super, gdybyś chciał nam towarzyszyć.
– Nie ma sprawy, jestem gotów.
– Ile potrzebujesz czasu na przebranie?
– Ja już jestem przebrany.
– Aaa… To OK!

Nie mogę uwierzyć w to, co się teraz dzieje. To czary. Dosłownie w 10 minut stoję gotowy do wymarszu. Nie ma mowy, bym taskał swój szpej. Szybka reorganizacja karawany i ciężki plecak ląduje na grzbiecie jednego z jaków.
Oczywiście mój instrument wzbudza szerokie komentarze, a Amerykańcy patrzą na mnie z co raz większym zdumieniem.
Widząc stan mojego palucha, chcą podjąć szybko jakieś kroki medyczne, ale mnie chyba bardziej, niż im zależy, by dotrzeć do bazy, więc bagatelizuję, jak tylko mogę problem i sam poganiam do wyjścia.

Maszerujemy razem zaspakajając obopólną ciekawość. Dżon jest niesamowity. Kupa fantastycznej energii, jego towarzysze także. Mark i Bob są braćmi, himalaistami a nasz Janek jest ich kuzynem. Tworzą naprawdę wesołą kompaniję. Cieszą się już na spotkanie z pozostałą drużyną, choć zdają sobie sprawę, że ta dziewicza góra może już taką nie być…
To ich czwarty tydzień tutaj. Eksplorowali południowe łańcuchy Wachdżiru i teraz koleją rzeczy eksplorują tutaj.
Bracia wspinają się w stylu alpejskim, a Janek trekkuje po łatwiejszych hopkach. Ich strategia na Kara Dżilgę jest prosta. Szybkie rozbicie obozu na 4700-4900 u podnóża lodowca, następnego dnia rekonesans i kolejnego atak szczytowy!
Są solidnie zaaklimatyzowani i mają spore doświadczenie. Wspinali się już w pakistańskim Hindukuszu i Karakorum, jeżeli chodzi o ten region.
Pytam Janka, czy nie mają jakiegoś izostara czy cuś i moment dostaję flaszkę z mikroelementami i takim tam.
Chłopaki wyposażeni są we wszystko, co tylko można. Połowy gadżetów nie jestem wstanie opisać. Nie moje pokolenie…
Tak czy owak, nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje…