Szlakiem Grąbczewskiego- Pseudonim Wiesław

Wiesiek pierwsze szlify przeszedł na Bałkanach.
W innym kontekście – tanich podróży, wpadłem już wcześniej na pomysł, by nieco uterenowić Golfa 2. Proces był już opisywany.

Poza Azją Centralną Bałkany praktycznie oferują to samo, tylko więcej zieleni i niższe góry. Dalej jednak surowe piękno przyrody i ludzi. Jak w Azji są jeszcze miejsca, które bronią się przed naporem cywilizacji. Pod kątem wycieczek w tym regionie z pomocą kolegów przygotowałem Wieśka.
Już sama zmiana profilu ogumienia i felg na 14-stki podniosły Wieśka o 2cm. Kluczem były jednak zmiany w zawieszeniu ale tak, by pozostać przy oryginalnych sprężynach. Strzałem w dychę zaś dodatkowo montaż na tylnej osi sprężyn pomocniczych Mud Springs. Instalacja banalna a korzyści ogromne. W ten sposób Wiesiek extra zdolny był bez szkody, ciągać załadowaną na maksa przyczepę np.

Zdecydowałem się więc towarzyszyć ekipie Golfem i wycofać w momencie pewności, że dalej już sobie spokojnie beze mnie poradzą. Widziałem też światło w tunelu na pierwszy do realizacji z dwóch przewidzianych szlaków. Znaczyło to jednocześnie, że dalsza „spina” fizyczna nie jest już konieczna.
Na miejscu pomógłbym jeszcze w osiągnięciu punktu startu do szlaku drugiego i przeprawić się przez rzekę Obichingoł w okolicy uroczyska Paszimgar – miejsca mi znanego z wizyty tamże w 2012-stym.

Fizycznie reprezentowałem się dość dobrze. Znaczy naprawdę przyzwoicie. Wymagające interwały na pachołkowych schodach dawały w kość ale np. sama platforma na szczycie przestała być jakimkolwiek wyzwaniem. Wbiegałem na nią i zbiegałem bez problemu 8x pod rząd. Ów wysiłek dublowałem od czasu do czasu w wieżowcu wbiegając na 10 piętro dwa lub trzy razy. Wszystko to po przebiegnięciu około 8-10km w warunkach hopek TPK.
Z punktu widzenia marszów wysokogórskich (z obciążeniem) bieganie w okresie przygotowawczym, to tylko pewien etap mający przygotować nasz układ krążenia na długotrwały wysiłek. Drugi etap, to zmiana akcentu na marsze, w tym podejścia. TPK oferuje tu bardzo dobre warunki poza wysokością nad poziomem morza. W Pamirze czekały na na nas znaczne wysokości i pierwszy szlak miał za zadanie przetarcie fizyczne i złapanie aklimatyzacji. W tej materii doświadczenie z całej ekipy miał tylko Karpiu (przekroczone 5700), Cichy (5000) i ja – 4900. Z nas trzech na wysokościach ponad 4000m najwięcej czasu spędziłem ja. Znałem więc swoje możliwości aklimatyzacyjne. Poza nami reszta miała się o tym przekonać na miejscu.

W mej osobistej pracy nad ciałem drugi etap przygotowań miał być realizowany od czerwca ale życie potoczyło się inaczej. Dużo pracy stricte ale tej treningową ograniczyłem do dwóch „występów” tygodniowo. Bardziej by podtrzymać to, co osiągnąłem niż dalej budować. gdybym miał w perspektywie pokonanie szlaku drugiego nie zaniedbałbym absolutnie tego etapu. Gimnastycznie mój poziom był słaby. Pierwotnie w finale miałem w planie szereg ćwiczeń obwodowych o tym charakterze.
To, co mnie osobiście zaskoczyło w okresie tych przygotowań – mimo dość rygorystycznej diety, mały spadek wagi. Niewątpliwie to stało na przeszkodzie, by bardziej zaprzyjaźnić się z drążkiem. Dość powiedzieć, że z początkiem czerwca potrafiłem podciągnąć się ledwie cztery razy…

Miałem też zaplanowane „zajęcia” w Elewatorze. Fajnym obiekcie dedykowanym do zabaw wspinaczkowych prowadzonym przez Jacka Pyszkę – kumpla z lat studenckich. Jacek własnymi ręcyma zagospodarował przemysłowy teren, celem umożliwienia adeptom wspinania nabywanie i doskonalenie umiejętności. Takową możliwość do korzystania z przestrzeni w gratisie zaoferował mi Jacek ale nie dane mi było już tej przyjacielskiej oferty skorzystać.
Tym niemniej zaliczyłem trzy marsze po 25-30km z lekkim obciążeniem i mogłem tylko potwierdzić kolegom, że bieganie, to za mało. Jeszcze jeden aspekt był istotny. To obuwie, w jakim należało pokonać oba szlaki. O ile pierwszy mógł być pokonany na lekko w podejściówkach (tak wynikało z profilu) o tyle drugi, to juz nie przelewki.

Nie stać mnie było na jakiś bardziej konkretny sprzęt ale zdecydowałem uzupełnić go o wersję Meindla Army Gore. To model, w który wyposażone są oddziały FORMOZY. Te budy sprzedają żołnierze z etatowych zapasów. Cena na rynku wtórnym 350-500zł była. Mój model nabyłem od żony żołnierza. Nie miałem okazji go gdzieś przymierzyć ale dokładnie wiedziałem, jakiej potrzebuję wkładki. Pani specjalnie dla mnie dokładnie jej długość wymierzyła. Przekraczała ona moje potrzeby o 2mm ale zdecydowałem się na zakup. lepiej mieć jednak buty ciut za duże niż ciut za małe.
Najważniejsze jednak, to je rozchodzić. Dlatego nosiłem je przy każdej sposobności, w sam czas mega upałów również, które nawiedziły planetę PL akurat wczesnego lata. Tego elementu nie zaniedbałem. By odebrać Wieśka z ostatniego przeglądu pomaszerowałem po niego 22km. Wyglądałem dość komicznie w butach za kostki (w końcu obuwie zimowe) w 35st. w cieniu, odziany w krótkie spodenki i tishirta.

Jak takie podejście do tematu istotne przekonała się część ekipy na miejscu, bagatelizująca zagadnienie.
W temacie przygotowania fizycznego pozostałych kolegów, pewien byłem Karpia, Cichego i Redzika. Niewiadomą pozostawało kuzynostwo Grąbczewskich i Rutek.
W następnym odcinku przyjrzymy się z bliska wszystkim gagatkom… z małym przymrużeniem oka.