Szlakiem Grąbczewskiego – Nie jest dobrze

Oj nie jest… W domu cietrzew. Grama zgody na wyjazd. NIE I KONIEC.
Już po powrocie odebrałem lekcję od Fazika:
– To po co jechałeś?
Miał rację chłop. Trza było zostać w domu i walczyć z tonami gruzu. Nie wiem jednak, czy miałbym święty spokój…

Priorytety, priorytety, priorytety… Czyli dorosłość. Cytowałem tu na blogu już – stare tureckie przysłowie:

Stare tureckie przysłowie


Rozwinięciem jego jest – psy szczekają, karawana jedzie dalej. Ale problem jest, kiedy te psy za budę mają twoją głowę. Kiedy sygnalizowałem problem, wszyscy jak jeden mówili – bez ciebie, to nie ma sensu. Była jednym słowem presja i z tą presją nie dawałem sobie rady.

Kiedy Cichy odjeżdżał Wrublinem, zostało mi wesele syna. Rodzina synowej, to inna bajka. W sensie całkowicie nie moja. Nie mamy wspólnych tematów, inne zainteresowania. Szczerze mówiąc, to nie wiem, jak spędzają czas poza domem i działką, nie ma o czym rozmawiać.
Z mojej strony Fazikowi postawiłem jedno zadanie. Diagnozę tego cholernego, wibrującego moim zdaniem wału. Cichy po krótkiej rundzie niczego specjalnego nie stwierdził i przychylał się do koncepcji, że Lublin tak być może ma.
Przed Fazikiem, Karpiem i Maurycym był ogrom zadań pozostałych do wykonania. Pierwsze, „zabudowa” Lublina.  Ów był goły i wesoły. Świeżo zrobiona w epoksydzie podłoga, puste, pozbawione osłon boczki, progi… No wszystko. Na strefę kierowcy i pasażera zabezpieczyłem 5m2 butylowej maty wygłuszającej. Coś trzeba było z tą podłogą zrobić.

Zasadniczo postanowiłem się już w ten proces nie wtryniać. I słusznie, bo to, co się działo przez weekend i kolejne trzy dni to… wymaga specjalnego odcinka:)
Tymczasem „u mnie” minęło wesele a w poniedziałek dowiedziałem się o obsuwie poważnej roboty. Te info w jakiś sposób mnie ustawiło. Problemem była finalizacja betonu polerowanego, której finał się przeciągał z powodu procesu inwestycyjnego klienta a na koniec mojego. Tak czy owak czekałem na wieści z południa i na odbiór Wieśka, który wylądował na ostatni przegląd.