Sen krótki…

Dlaczego krótki?
Bo ledwie powieki padły, usłyszałem czyjeś kroki wokół namiotu.
Pociągnąłem za zamek i face tu face zmierzyłem się z jakimś starszym lokalnym osobnikiem. Jedno oko uciekało mu na bok, ale on trwał w miejscu.
Zdałem sobie sprawę (było przed 8-mą), że o tej porze to wstyd tak przysypiać. Poza uśmiechem nie potrafiliśmy się lepiej skomunikować więc po chwili dziadek odszedł z towarzyszącym mu osiołkiem.
Cóż… Zagotowałem wodę, wypiłem herbatę i zacząłem pakować manatki. Zdecydowanie ta czynność codzienna jest dla mnie najgorszą.
Pogoda jednak pod psem. Wieje (przynajmniej much nie ma), jest chłodno ale nie wygląda na to, by miało padać.

Tego dnia nie zrobiłem ani jednej foty, nie uszedłem też zbyt wielu km („wiele” to więcej niż 5!).
Rozbiłem się przekraczając kolejny strumień. Napierałem w klapkach, buty stanowią już tylko wątpliwą ozdobę mojego plecaka. Ważą sporo i lepiej by było dla mnie, gdybym był w nie obuty. Na pewno lepiej dla kręgosłupa, który zaczyna manifestować, że i jemu ta wycieczka nie pasi. Jebał to pies, jeszcze jego fochy mi nadali.
Starannie wybieram pośród kupy gówna jakieś w miarę czyste miejsce pod namiot. Nie, do kupy nic nie czuję, za to do much jak najbardziej. One jeszcze bardziej czują coś do mnie. Dzisiaj, ze względu na pogodę mam względny spokój. Jest kilka stopni ledwie, więc latają tylko hardcory jakieś, mocno przytłumione.
Mam więcej czasu na porządki. Z czerwonej torby wyciągam całe żarcie i robię jego przegląd. A może by tak skitrać trochę tego żarcia tutaj na drogę powrotną?
Kołacze mi taka myśl: jak dojdę do ekipy, to gdy będziemy wracać górą, nie będzie mi ono potrzebne (bo zapasów wzięli dość), a jak będę wracał dołem, to po kiego mi to wszystko taszczyć w obie strony? W końcu mam tu zapas na cała drogę…

Tak, to dobra pomysła. Jutro zdecyduję, co wyląduje pod którymś z kamieni czekając mego powrotu. Na pewno z 1kg makaronu, zostanie mi go jeszcze prawie 1,5kg i chyba smalcu też zostawię trochę. Jego również mam spory zapas. To akurat najbardziej energetyczne „dania” ale całą kupę tej energii taszczę na sobie pod postacią własnego tłuszczu przecież.
A właśnie! Portki już nie cisną, a skórzany pasek ściągam o jedną dziurkę mniej a i trochę luzu zostaję. Chudnę w oczach. W moim wieku to cieszy, zawsze to i wygląd szlachetniejszy, poza tym człek się czuje młodziej. Poddany takiej psycho-lipoterapii czuję się wzmocniony na ciele i duchu.
W wyjątkowo dobrym humorze upuszczam ropy z ran i robię przegląd palucha. Po przekroczeniu brodu w klapkach jest delikatny i czysty jak dupa niemowlaka. Traktuję go maścią trybiotyczną i oklejam plastrem. Do snu plaster zdejmę, by rana lepiej oddychała.
Gotuję zupę, dodaję kilka gniazdek cienkiego makaronu, wrzucam dwa ząbki czosnku. Osobno na smalcu podsmażam cebulę, gotuję wodę na herbatę i kolacja gotowa. Trochę brakuje mi łyżki, ale sobie radzę nalewając zupę do kubka.
Po kolacji, niemal do zapadnięcia zmroku gram na gitarze. Siedzę na pastorowym krzesełku i pogrywam.

Przede mną piętrzy się majestatyczny Dupsuk mierzący 5748m, zdecydowanie wyróżniając się z otoczenia. Za nim ciągnie się piękna dolina po pakistańskiej stronie przedzielona przełęczą o wdzięcznej nazwie Karambaran. Kiedyś oddzielała Pakistan od Indii (przez jej siodło przebiegała granica), obecnie zaś stanowi sporne Terytoria Północne.
Wracam myślami do Gabriela Bonvalot`a, który szedł tędy blisko 120 lat temu tyle, że w drugą stronę, usiłując dostać się do doliny Hunzy. Dzisiaj jej mieszkańcy są bardzo sympatyczni i mili. Słyną z długowieczności i dobrej kondycji do późnej starości. Wiodą spokojny żywot. W czasach pionierów (wspaniałą kartą zapisał się tu nasz podróżnik Bronisław Grąbczewski odkrywając drogę do Indii, przechodząc przełęcz Wachdżir i Kalik) byli niebezpiecznymi rozbójnikami znanymi w całym Hindukuszu i Karakorum. Bardzo długo zachowywali niezależność paktując na zmianę z Chińczykami, Brytyjczykami i Rosjanami.

Przy resztkach dziennego światła czytałem kolejne rozdziały książki o Aleksandrze Macedońskim zwanym tu Iskander. I on przebijał się przez Hindukusz a sposób, w jaki to czynił do dziś zachwyca, budząc podziw dla jego oręża. Cóż, nie na darmo był pierwszym, którego zwano Wielkim…

Meta na krótki odpoczynek i kolejne znajomości.
Meta na krótki odpoczynek i kolejne znajomości.
W pieriod!
W pieriod!
Koral.
U z biegu Wacharanu i Wachanu – koral.
Mostek przez Wacharan.
Mostek przez Wacharan.
Przed mostkiem ja i moje fanty.
Przed mostkiem ja i moje fanty.
Kolejny popas. Jeszcze nie wiem o tym, ale kolejne podejście wyrwie mnie z butów...
Kolejny popas. Jeszcze nie wiem o tym, ale kolejne podejście wyrwie mnie z butów…
Chwilę potem położyłem gitarę i torbę, strzeliłem fotkę. W podobnych okolicznościach nakręciłem krótki filmik z "sapaniem". Szedłem jak skazaniec, który szuka swego drzewa, by się powiesić.
Chwilę potem położyłem gitarę i torbę, strzeliłem fotkę. W podobnych okolicznościach nakręciłem krótki filmik z „sapaniem”. Szedłem jak skazaniec, który szuka swego drzewa, by się powiesić.
Na kolejnym biwaku Kontrola stanu. Strupy były puste. Rany się nie goiły. Cóż robić...
Na kolejnym biwaku kontrola stanu. Strupy były puste. Rany się nie goiły. Cóż robić…
...no te se je "wycisłem", usiadłem i grałem.
…no te se je „wycisłem”, usiadłem i grałem.
Na tym placu, tylko te kamienne chatki były wolne od masy wyschłego gówna, ale jako lokum do spania...hm. Jeszcze nie dojrzałem na tej wyprawie do tego. W widocznej kempie krzewów i karłowatych drzewek "ukrylem" część zapasów. Wśród nich płynie strumień, najbardziej stromy na całym szlaku. Jak się okaże, zdecydowanie łatwiej go przekraczać w mańkę, którą szedłem.
Na tym placu, tylko te kamienne chatki były wolne od masy wyschłego gówna, ale jako lokum do spania…hm. Jeszcze nie dojrzałem na tej wyprawie do tego.
W widocznej kępie krzewów i karłowatych drzewek „ukryłem” część zapasów. Wśród nich płynie strumień, najbardziej stromy na całym szlaku. Jak się okaże, zdecydowanie łatwiej go przekraczać w mańkę, którą szedłem.
Jam przycupnięty przy samym Wachanie niemal, więc szybko dolina okrywa się mrokiem. Majestatyczny Dupsuk zażywa wieczornej kąpieli. Ważne, że niebo bez chmur niemal.
Jam przycupnięty przy samym Wachanie niemal, więc szybko dolina okrywa się mrokiem. Majestatyczny Dupsuk zażywa wieczornej kąpieli.
Ważne, że niebo bez chmur niemal.
Tym pocieszony zagłębiam się w lekturę. Wyobraźnią podążam z Wielkim Aleksandrem. Dzielą nas wieki ale jedno nas łączy, parcie na wschód.
Tym pocieszony zagłębiam się w lekturę. Wyobraźnią podążam z Wielkim Aleksandrem. Dzielą nas wieki ale jedno nas łączy, parcie na wschód.