Przełom

Zmoczyłem w ustach papier toaletowy zwinięty w stożek i takowy wsunąłem do uszu obu. Na twarz kawałek chusty, bo najbardziej przeszkadza mi zawsze… marznący nos. Katar dokucza, zwłaszcza teraz, w nocy. 

Rankiem namiot usłany jest wyschniętym śluzem uwiązanym w kawałkach papieru. Ten uwięziony w zatokach, daje mocniej znać o sobie. Strzelam z mego biednego nosa, jak z moździeża. Do tego w ogóle nie czuję się zregenerowany. Praktycznie tej nocy nie spałem…
Z tego też powodu wszelkie poranne czynności nabierają ślimaczego tempa. Jestem celebrytą poranka. Robię wszystko, by nic nie robić. Dynamitem przy mnie jest mucha w smole. Jedyny plus to słońce. „Dezynfekuję” w nim bieliznę i śpiwór rozłożone na czaszy namiotu.
„Czarny diament” bardzo ułatwia mi przetrwanie. Najbardziej lubię go za obsługę. Daje się rozbijać i zwijać w kilka minut. Jest dla mnie w sam raz. Dzięki Lupusie!
Wzrusza mnie również, co rusz krzesełko Pastora. Gadżet z pozoru niepotrzebny, ale już wiem, że warto było go dźwigać. Niestety stary materiał zaczyna się pruć na szwach pod moim obciążeniem ale na bieżąco zszywam i jakoś trwamy.
No i la hitarra!
Pozwala mi łkać nad sobą w romatycznej formie. Symbolicznego znaczenia nabiera „Droga na Smoleńsk” czy „…chadzanie w pole z koniem…” Palce nabierają wprawy. W końcu ostatni raz grałem… dwa lata temu, przy okazji mej drugiej wizyty w Pamirze i pierwszej w afgańskim Hindukuszu.
Lubię rosyjskie romanse i ballady, ciągną tak jakoś za serce, czynią żal przyjaznym…

Właśnie… co z tym żalem?
Staram się jakoś zebrać w sobie, ale towarzyszy mi on już od dobrych kilku dni, jak „ta mgła” Stachury.
Ponarzekałbym na coś konkretnego, obiektywnego ale poza sobą samym, nie znajduję innej ofiary.
Nie narzekam na stan mojej kondycji, bo jest jaka jest. Narzekam na własną niemoc, choć najbardziej powinienem na egoizm. Wcale nie zależy mi na wyrwaniu się z tego stanu. Pokuta! Tak, pokuta. Mam za swoje a to moja obecna karma. Nie idę z radością, ale z cierpieniem… piękne. Zaprawdę szlachetne to cierpienie!
Jest jeden czynnik już znany, który powoduje, że dostaję przyspieszenia: muchy! Jeden z głównych powodów narzekania dopinguje do działania. Faktycznie, najlepiej to robi wróg!

Akcja dostaje tępa.
Dwie puszki z rybami, 1,5kg makaronu, połowa smalcu ze skwarkami i kilka zup w proszku ląduje w tymczasowej lodówce. Na miejsce „pochówku” wybieram otoczenie ch-stycznego drzewa. Parę cięższych kamieni i może lis, czy wilk sobie z tym nie poradzi. Miejmy nadzieję.
Lżejszy o blisko trzy kilogramy ostro startuję. Zdecydowałem się jednak wystartować w butach, rzecz w lekko dokuczającym kręgosłupie, poza tym jakoś liczę, że paluch przetrwa bez strat.
Idzie mi się łatwiej ale głównie dlatego, że bardziej w poziomie niż w pionie szlak się dzisiaj ma.
W pewnym momencie ów zwęża się i schodzi wąską dróżką do wąwozu, którym przeciska się Wachan. Można ręką sięgnąć rzeki tuląc się jednocześnie do ściany wąwozu.

Teraz zrozumiałem, dlaczego przy złej pogodzie kupcy i wędrowcy decydują się iść alternatywną podkową.
Pierwszy powód, to poziom wody w tym miejscu. Pół metra w górę i nie ma ciebie. Drugi, niemniej ważny, to strome piargi opadające bezpośrednio na szlak, którego krótkie odcinki wzmocnione są tu metalową siatką. Przy dłuższym opadzie woda spływająca po piargach pociąga ze sobą masy tłucznia. Trafisz w taką lawinę i po tobie.
Idę nieco bojaźliwie. Wyjście z wąwozu jest tak wąskie, że muszę bardzo uważać, by nie zahaczyć plecakiem o jakiś występ skalny i wytrącony z równowagi nie runąć do Wachanu.
Zastanawiające jest, jak to miejsce pokonują jaki?! Mimo swej masy, to bardzo zwinne zwierzaki. Tylko pozornie są ociężałe, tym nie mniej nie za wiele tu miejsca dla mnie, a co dopiero dla nich!

Dzisiaj maszeruję z niezwykłą determinacją. Nabieram też niezwykłego, jak dotąd tempa.
Zatrzymuje mnie kolejny strumień, chyba najszerszy ze wszystkich pokonanych.
Jest południe, woda pędzi z hukiem, a ja po prostu mam stracha. Decyduję się pokonać go w jego najniższym miejscu, gdzie rozlewa się najszerzej. Niestety jego nachylenie tutaj jest większe i nurt w związku z tym szybszy.
Woda pioruńsko zimna, napiera na mnie z impetem. Chciałoby się go przebiec, by jak najszybciej mieć go za sobą, ale w moim zestawie muszę przede wszystkim poruszać się, jak najbardziej stabilnie. Człapie więc nieporadnie na rozstawionych szeroko nogach, starając się ostrożnie obciążać stopy, by te nie „uciekały” mi pod naporem wody i mamiącymi, gładkimi kamieniami. Klapki co rusz przekręcają się (po drodze musiałem wrócić do kitajskiego zestawu, na zejściach paluch nie wyrabiał), przez co kaleczę dotkliwie po raz kolejny mego palucha, a tak chciałem tego uniknąć!

Wkurwiają mnie te przeprawy. Gdy staję na drugim brzegu czuję ogromną ulgę. Gdyby nie ten paluch, to pewnie maszerowałbym dwa razy. Najpierw z plecakiem, drugim razem z torbą i gitarą.
To brodzenie, to dla mnie, jak łażenie po linie lub cienkiej elastycznej desce, zawieszonej nad wodą. Wykańcza mnie to bardziej psychicznie niż fizycznie. Po przeprawie jestem mokry niemal do pasa.
Zdejmuję spodnie i suszę je w słońcu rozkładając na niezwykle soczystej trawie. Nad strumieniem wieje, więc nogi zakrywam sobie dasmolem, chustą afgańską, podarowaną mi jeszcze w Eszkaszem przez Szpilberga. Boże… jak ja bym chciał go teraz uściskać. Bardziej dlatego, że oznaczałoby to koniec mojej męki… Tym nie mniej chusta jest super.

Wzdłuż potoku wieje chłodny wiatr, ale nie mam siły ruszyć dalej. Tkwię tak półnagi w trawie i ciężko oddycham.
Jedyne, na co sobie pozwalam, to na grę. Brzdąkając dostrzegam kupców pojawiających się po drugiej stronie strumienia. Jest ich na pewno 5-ciu. Prowadzą sporą karawanę. Są tam dwa kamienne szałasy i mini koral z kamieni. O dziwo rozbijają namioty. Właściwie szałasy z brezentu. Obserwuję ich w milczeniu. Oni również mnie dostrzegli.
Kilku z nich podchodzi do strumienia i zaczynają się przeprawiać. Podwijają szerokie gatki i dążą ku mojej osobie. Jedni boso, inni w kaloszach. Maszerują ostrożnie, podobnie jak ja. Pociesza mnie to, bo już nie czuję się aż taką ofiarą losu. Moje ego nie co rośnie.

Tak naprawdę, w cale nie mam ochoty na to spotkanie. Może dlatego, że siedzę w samych gatkach…
Powód zainteresowania moją osoba jest jeden. Poza zwykłą ciekawością, gitara oczywiście.
No więc gram dla kupców. Słuchają w skupieniu, od czasu do czasu czyniąc zachęcające gesty wyrażające uznanie. Odnoszę wrażenie, że już wszyscy o mnie tu wiedzą.
Po kwadransie recitalu wracają na druga stronę, skąd jeszcze machają do mnie szczęśliwi ze spotkania.
Targam ze sobą mini słowniczek dari i pasztu, dzięki któremu można się nawet sensownie komunikować. Nikt tu nie zna angielskiego, ja też, więc nie mamy kompleksów.

Po godzinie decyduję się ruszać. Trzeba wykorzystać pogodę a portki doschną na mnie w drodze. Niebo się wyklarowało więc postanawiam maszerować do zachodu słońca.
Po przekroczeniu kolejnej przełęczy otwiera się przed mną wspaniała panorama: zielona dolina i droga prosta jak drut, do tego bardzo szeroki trakt.
Tuż przed przełęczą minęła mnie grupa trzech jeźdźców z wolnym koniem. Zachęcali do towarzystwa, ale nie będąc pewnym do końca intencji, grzecznie odmówiłem pomocy.
Mam przy sobie 400 Afgani (które pożyczyłem od Szpilberga – około 8$, głównie z myślą o kupowaniu chleba po drodze) i 250$, ale jest to kasa, zwłaszcza dolce, przewidziane tylko i wyłącznie na paliwo w powrotnej drodze.
Gdy po jakimś kwadransie osiągnąłem przełęcz, jeźdźcy byli już bardzo, bardzo daleko. Ach… Zazdrościłem im tego tempa, ale zmobilizowało mnie to do szybszego marszu.

Słońce chyliło się ku zachodowi a ja obrałem sobie za cel majaczący w dali kamienny szałas. Swoje tempo określam na 2km/h. Maszeruję już blisko 6h, co jest kolejnym rekordem. Te dwie godziny powinienem jeszcze wytrzymać. Dokucza mi co prawda kręgosłup ale w końcu zaczynam się przemieszczać, a nie tylko dreptać.
Po prawej towarzyszy mi teraz wielbłądzi garb. Pięciotysięczna hopka, która zmusza Wachan do ostrego zwrotu. Teraz na przestrzeni kilkunastu km szlak będzie mijał górę z lewej, a Wachan z prawej strony. W miarę jak oddalam się od Wachanu ogarnia mnie coraz głębsza cisza. Nie zakłóca jej dla mnie nawet wzmagający się wiatr. Ma tu gdzie hulać. Od początku szlaku wieje mi w plecy, co właśnie sobie uświadamiam.
Hm… Ciekawe, jak będzie w drodze powrotnej? Teraz mi pomaga, potem będzie duć w twarz, czy jak?

Gdy docieram do szałasu, okolice spowija już cień, zwiastun zmierzchu. Słońce zachodzi tu szybciej. Do 20-tej można jeszcze obyć się bez sztucznego światła. Ponieważ ja takiego nie posiadam kładę się najpóźniej o 20.30.
Dość starannie wybrałem miejsce pod namiot, by osłonić go przed wiatrem. Za wiatrochron posłużył ów szałas i kamienny murek koralu.
Rozbiłem się kilkadziesiąt metrów od małego potoku, gdzie zdążyłem jeszcze przeprać ciuchy w dziennym świetle i w miarę solidnie się umyć. Te zimne kąpiele krzepią mnie najbardziej. Jak skowronek śmigam do namiotu niesiony na skrzydłach porywistego wiatru.
W nim szybko się przebieram i robi się nad wyraz przytulnie.
Zrobiłem dzisiaj sporo km, blisko 15! Jeżeli utrzymam to tempo, to najdalej za dwa dni jestem w Małym Pamirze! Hurrra, hurrra, hurrra!

Przed snem jeszcze kontrola strupów. Stan bez zmian. Ropa rulllez. Coś z tym kurka muszę zrobić! Maść trybiotyczna nie robi, poza tym ileż można nią szprycować rany?!
Zbieram się i gotuję wrzątek. Zanim woda osiąga stan wrzenia, mam już wszystkie strupy pozdzierane. Najpierw wyparzam szczoteczkę do zębów i nią staram się jak najlepiej oczyścić odsłonięte rany.
Do wrzącej wody wrzucam rozgniecione dwa ząbki czosnku (nie mam jodyny niestety, ani nadmanganianu potasu), następnie takim wywarem obficie polewam wszystkie rany. Staram się jak najmniej rozlewać i wodę podgrzewam kilkukrotnie. Dopiero po „zabiegu” uzmysławiam sobie, że na tej wysokości woda wrze w zdecydowanie niższej temperaturze.
Sięgam po GPS-a, pokazuje 3799m. Taaa… Dlatego taki „odporny” na ból byłem. No nic, zobaczymy, co kolejny ranek przyniesie. Ważne, że prócz ropy poważniejszych konsekwencji nie czuję.

Opatrzony, jak należy, odświeżony wsuwam się w śpiwór. Kurde… ależ ten wiatr piździ… Ostatecznie niech hula sobie, byle nie w parze z deszczem!
Jeszcze jedno pytanie do się mam, czy tą noc w końcu prześpię, jak należy?
Jestem potężnie zmęczony, ale szczęśliwy, tyle km natłukłem. Jakbym tłukł jaja na gigant jajecznicę! Czemu z tymi jajami wyjechałem? Bo taka mnie na nią naszła ochota… Co raz bardziej doskwiera mi równoległe jednostajna, obozowa dieta. Zdobyć gdzieś mleko po drodze i kawałek chleba. Ot co!

Tu drugi raz schodzi się do samego Wachanu. Patrząc na piargi po lewej zrozumiałem, dlaczego jest tu tak niebezpiecznie. Ten krótki odcinek szedłem w skupieniu.
Tu drugi raz schodzi się do samego Wachanu. Patrząc na piargi po lewej zrozumiałem, dlaczego jest tu tak niebezpiecznie. Dlatego karawany, o ile mogą, to wybierają dłuższe o 20km obejście. Ja na to nie mam siły.
Ten krótki odcinek szedłem w skupieniu.
Maszeruję w butach (jeszcze). Nie był to dobry pomysł.
Maszeruję w butach (na zmianę z klapkami). Nie był to dobry pomysł.
Jakoś dzisiaj te podejścia z większym zaparciem pokonuję. Ten widok zostawiam za sobą.
Jakoś dzisiaj te podejścia z większym zaparciem pokonuję. Ten widok zostawiam za sobą.
A to mnie czeka. Ten widok cieszy. Będzie sporo z górki.
A to mnie czeka. Ten widok cieszy. Będzie sporo z górki.
Mijam się z kolejnymi kupcami.
Mijam się z kolejnymi kupcami.
Ja odpoczywam, ani oni oddalają się migiem.
Ja odpoczywam, ani oni oddalają się migiem.
Podejścia i brody. Oba dwa ćwiczą mą psychę do granic, że o fizyce nie wspomnę. Brody psychę.
Podejścia i brody. Oba dwa ćwiczą mą psychę do granic, że o fizyce nie wspomnę. Brody psychę.
Po kolejnym wróciłem do klapek. Na stałe... Chustą chronię się przed muchami. Latają jak wściekłe.
Po kolejnym wróciłem do klapek. Na stałe… Chustą chronię się przed muchami. Latają jak wściekłe.
Ten bród nie był najgorszy.
Ten bród nie był najgorszy.
Mogłem się zabrać. Koleś sie kilka razy odwracał i zachęcał. Powiedzmy, że szkoda mi było konia.  Ten podjazd zajął im z 5, mi ze 20 minut.
Mogłem się zabrać. Koleś sie kilka razy odwracał i zachęcał. Powiedzmy, że szkoda mi było konia.
Ten podjazd zajął im z 5, mi ze 20 minut.
Ten widok dodał mi wiatru w skrzydła. Mimo, że minęło te 20 minut jeźdźców już nie mogłem dostrzec.
Ten widok dodał mi wiatru w skrzydła. Mimo, że minęło te 20 minut jeźdźców już nie mogłem dostrzec.
Fotka w tym samym kierunku po 50 minutach marszu od poprzedniego zdjęcia.
Fotka w tym samym kierunku po 50 minutach marszu od poprzedniego zdjęcia.
Za mną taka panorama.
Za mną taka panorama.

P.S.
Tu jedna uwaga, co do chronologii.
Popierniczyłem strumienie. Drukuję to, co świeżo pisałem po powrocie, a tego nie konfrontowałem z fotami.
Ta przeprawa, o której wspominam w ostatnim odcinku będzie dopiero dnia następnego. Notabene, chyba najbardziej niebezpieczny bród na szlaku, który przeszedłem.
Generalnie, nawet gdybym je pozamieniał, nie miałoby to dla mnie większego znaczenia.
Ten był szczególny, ale skomentuję go pod właściwym zdjęciem.