Posterunek

Towarzystwo bawiło się setnie. Twardej góralki Eli nawet dwie porcje tytoniu nie ruszyły. Za to Klimasa tak, że w ferworze popił ten tytoń… benzyną(!) i… nic mu się nie stało! No pięknie, pomyślałem. Ładnie się ta ekipa skomponowała. Przycupłem sobie z boczku i bawiłem się to pompką… 

Stres puszczał powoli. Postanowił wyjść w żółtym woalu. Gdzieś koło pierwszej w nocy dopadł mnie pierwszy skurcz jelit. Czyżby?… No nie, a jednak! Ciemno jak w dupie i ni grama papieru toaletowego pod ręką.
Tego wieczora panował ogromny rozgardiasz i chaos krótko mówiąc. Walało się papieru trochę, ale zbyt twardego i śliskiego. Wybawił mnie Szpilberg, nasz kamerzysta, który zawsze kładł się ostatni, bo na potrzeby sponsorów klecił wieczorami krótkie filmowe relacje. Super chłop tak nawiasem. I tym razem mnie nie zawiódł. Rzucił mi chusteczki higieniczne, które akurat miał pod ręką.
Z nimi to poleciałem w… takie kępki traw, bo krzaków tam niedostatek okrutny.

Mógłbym ten epizod pominąć, ale odbił się na mnie wyraźnym piętnem tej nocy. Do wschodu słońca latałem tak, co pół godziny, aż w końcu usiałem całą okoliczną łąkę pięknymi żółtymi papierkami. Nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie, ale były to nasączone firmowo chusteczki i takowe bardzo marnie spełniały pisaną im przeze mnie rolę.
W każdym razie obrazek zanieczyszczonej łąki kłócił się z moją estetyką i postanowiłem te papierki jeszcze przed pobudką wszystkich… pozbierać. W trakcie tej czynności dopadł mnie kolejny atak biegunki i z potrzeby stosowałem recykling.
Gdy w świetle dnia zdobyłem w końcu papier właściwy przypominałem Messalinę po obsłużeniu legionu rzymskiego.

Skonsumowałem cały zapas węgla i nic. Musiałem sięgnąć po nifuroksazyd. To „urodzony zabójca”, jak to określił Tomek Rojek zwany preclem (z racji krakowskiego pochodzenia). Najmłodszy uczestnik wyprawy i miał rację.
Generalnie staram się nie przeszkadzać za bardzo biegunce, bo to w końcu naturalny proces usuwania 'tego, co chore”, ale tym razem przybrał on monstrualne rozmiary.
Nieźle się odwodniłem, a z każdą chwilą upał przybierał na sile. Koledzy na szczęście wyręczyli mnie we wszystkich obozowych czynnościach, dając mi po prostu odpocząć.
Pakowali i juczyli zakupione dnia poprzedniego konie i osła. Upał był dokuczliwy więc wszyscy się spieszyli.
Wczesnym popołudniem karawana była gotowa do wymarszu. Odstawiliśmy auta na posterunek policji i tu pożegnałem się z ostatnimi wyruszającymi w góry himalaistami. Musiałem obiecać Szpilbergowi przed kamerą, że dołącze do nich, jak tylko się oporządzę z Simsonem.
Ale ja miałem swój cel. W trakcie jego realizacji miałem zmagać się z Simem i samym sobą, czyli robić to, co lubię najbardziej.
Samotność na wyprawie mnie nie przeraża. Pozwala wykonywać wszelkie czynności we własnym rytmie, jakże dalekim od dyktowanego wyścigiem szczurów… Pozwala odnaleźć spokój i równowagę.

Komendant zgodził się przyjąć mnie na jeden nocleg. „Urodzony zabójca” zaczął działać więc wyciągnąłem karimatę i zaległem wykończony w cieniu pod autem, odkładając wszelkie czynności na później.
Po południu obudził mnie jeden z żołnierzy i wskazał łóżko w hutorze. Musiałem wstać, bo odblokowali jeden z kanałów irrygacyjnych i woda zaczęła zalewać posterunkowy majdan. To w miejsce uciążliwego podlewania. Komendant dbał o zieleń.
Drugi raz obudzili mnie na kolację. Dopiero teraz mogłem się przyjrzeć najbliższemu otoczeniu.
Posterunek składał się z trzech pomieszczeń. Dwa główne (salon szeryfa i hutor) oddzielał otwarty przedsionek. Z „salonu” można było przejść do „garderoby”. Do hutoru przylegało zaś pomieszczenie gospodarcze, służące za kuchnię i magazyn na opał z oddzielnym wejściem. Po jednym oknie w salonie i hutorze. W tym drugim w miejsce szyb folia. Do obu pomieszczeń drzwi szczelne jak furtka w ogrodzie.
Na dachu posterunku w centralnym jego miejscu było coś a`la orle gniazdo, otoczone murkiem z gliny (punkt obserwacyjny). Pozostałą część dachu wykorzystano jako magazyn na opał.
Opał był dwojakiego rodzaju: chrust (zalegał na dachu) oraz gówno jaka. To drugie głównie jako paliwo do gotowania.
Na kolację osobiście zaprosił mnie komendant wskazując miejsce i częstując posiłkiem. Kolacja składała się z cienkiego gulaszu, czyli dużej ilości tłuszczu, do którego, jako wypełnienie, dodawano chleb (mon – tutejsza lepioszka) krusząc go uprzednio. Do popicia czarna, gorzka herbata.

Komendant po za dari lub farsi nie mówił w żadnym innym języku. Podpierając się słowniczkiem przygotowanym przez Kubę wymieniłem pierwsze uprzejmości. Udało mi się przekonać komendanta do jeszcze jednego noclegu dla mnie. Dawało mi to cały następny dzień na ogarnięcie simsonowego tematu lub ogarnięcie się w ogóle.
Po kolacji pograłem chwilę na gitarze, by potem przenieść się do hutoru. Żołnierze spali z komendantem w salonie. Nie, nie dlatego abym miał dla siebie pomieszczenie. W salonie było po prostu czysto i wygodnie na rozłożonych pledach.
Hutor przypominał wyglądem i zapachem kartoflisko. Gdyby nie fakt, że majdan był cały zalany wodą wybrałbym nocleg na dworze. Zresztą miejsce do spania było najmniejszym problemem. Przez moją głowę przetaczała się lawina myśli. Najważniejsza, to co będzie, gdy nie postawię Sima na nogi…?

Czekały mnie 4 tygodnie samotnej tułaczki. Mocno do myślenia dawała mi już pokonana trasa. W planie miałem wizytę w Badachszanie i Pandższirze, czyli te wszystkie brody przyjdzie mi pokonać w simsonowym siodle… daj Boże. No i Mały Pamir. Jak Simson spisze się na szlaku?
Brak doświadczenia mnie nie nie przerażał. To nic, że mój pierwszy kontakt z jednośladem miał miejsce dopiero na… dwa dni przed wyjazdem. To jest właśnie przygoda. Po to tu m.in. przyjechałem. Tylko czy ja go poskładam do kupy? No i ta pompka pier…! Muszę jutro koniecznie zajrzeć za nią na bazar. Bez pompki to… wiecie sami.
No więc tak sobie myślałem, co mi kolejny dzień przyniesie i próbowałem zasnąć, ale sen nie nadchodził.

W zasadzie to mogłem się już czuć spełniony. Przed nami nikt tu z białasów dwuśladem nie dotarł. Tylko lokalesi. No, ale wiele sobie po tym regionie obiecywałem. Nie słyszałem też, aby ktoś z białych się tu szwędal samotnie, bez towarzystwa przewodnika lub drugiego białego. Być zdanym tylko na siebie w tak surowych warunkach z dala od tej pieprzonej cywilizacji. To mnie rajcowało najbardziej…
Usnąłem dopiero nad ranem, gdy przycichł wiatr a wraz z nim folia w oknie, co mu za struny robiła.

Nasz główny koniuszy. Wandzia była odpoiwedzialna za stan naszej "trzody". Ten, już jest nasz. Juczenie tych koników, to sztuka sama w sobie. Boleśnie się o tym przekonają nasi dzielni himalaiści już na szlaku. Na razie humory dopisują. Tylko Kierzu (kierownik sportowy) tak przeładował swojego rumaka, że ten od razu się położył.
Nasz główny koniuszy. Wandzia była odpoiwedzialna za stan naszej „trzody”. Ten, już jest nasz. Juczenie tych koników, to sztuka sama w sobie. Boleśnie się o tym przekonają nasi dzielni himalaiści już na szlaku. Na razie humory dopisują.
Tylko Kierzu (kierownik sportowy) tak przeładował swojego rumaka, że ten od razu się położył.
Plac powoli pustoszeje. Zwierzak pomógł mi spakować Elwooda.
Plac powoli pustoszeje. Zwierzak pomógł mi spakować Elwooda.
Tym nie mniej pakowania jeszcze sporo. Karpiu dźwiga kanistry z benzyną zakupioną w Eszkaszem. Zwierzu już śmiga po dachu kolejnego auta. Dodatkowo wynajętego w Eszkaszem do celów transportowych. Zwierzak, to aktywne adhd. Idealny kompan an wyprawę. Nie dość, ze wszystko za ciebie zrobi, to jeszcze zrobi za ciebie wszystko i nie żąda zapłaty... :) Niesamowity koleś.
Tym nie mniej pakowania jeszcze sporo. Karpiu dźwiga kanistry z benzyną zakupioną w Eszkaszem. Zwierzu już śmiga po dachu kolejnego auta, dodatkowo wynajętego do celów transportowych. Zwierzak, to aktywne adhd. Idealny kompan an wyprawę. Nie dość, że wszystko za ciebie zrobi, to jeszcze zrobi za ciebie wszystko i nie żąda zapłaty… 🙂 Niesamowity koleś.
Bartek (kierownik logistyczny) z pozycji siodła dogląda procesu pakowania. Wsio ląduje w beczkach 55l (mieliśmy ich 8 szt.). Zapas żywności, lekarstw, szpeju alpinistycznego, biwakowego, paliwa i Bóg wie czego jeszcze. Drużyna zabiera na siebie tylko lekkie plecaki.
Bartek (kierownik logistyczny) z pozycji siodła dogląda procesu pakowania. Wsio ląduje w beczkach 55l (mieliśmy ich 8 szt.). Zapas żywności, lekarstw, szpeju alpinistycznego, biwakowego, paliwa i Bóg wie czego jeszcze.
Drużyna zabiera na siebie tylko lekkie plecaki.

Jeszcze kilka pamiątkowych fotek.Sponiewierany przez żółtą zakałę. Na mojej głowie dasmol, bardzo praktyczna lniana chusta. Do dzisiaj ją noszę niemal na co dzień. Ma dziesiątki zastosowań. Chroni od słońca, kurzu, zimna, deszczu, much, wchłania pot, jest przewiewna, ale trzyma ciepło… Genialny, lokalny wynalazek. W połączeniu z „massudką” lokalną, ch-styczną czapką (spopularyzował ja Massud) jest praktycznie nie zastąpiona!

Ostatnie wspólne chwile na posterunku. Auta już zaparkowane na posterunkowym majdanie. Zaraz pożegnam się z Bartkiem, potem Zwierzakiem i Szpilbergiem, któremu udzielę krótkiego, ostatniego wywiadu. Szpilberg ma jeszcze nadzieję, że się spotkamy w bazie lub w Małym Pamirze. Też mam taka nadzieję. Dojazd zajał nam ostatecznie dwa tygodnie. Poznałem fantastycznych ludzi, zaowocowało to kilkoma przyjaźniami pielęgnowanymi do dzisiaj.  Pomysł Bartka na tę wyprawę był niesamowity. Wszystko organizowaliśmy sobie sami, w starym, dobrym stylu. Wielki szacunek dla calej ekipy. Teraz, by dostać się do rejony wspinaczkowego powstała karawana musi pokonać w trudnych, wysokogórskich warunkach, wąskimi dróżkami blisko... 100km! No, ale nie uprzedzajmy faktów...
Ostatnie wspólne chwile na posterunku. Auta już zaparkowane na posterunkowym majdanie. Zaraz pożegnam się z Bartkiem, potem Zwierzakiem i Szpilbergiem, któremu udzielę krótkiego, ostatniego wywiadu. Szpilberg ma jeszcze nadzieję, że się spotkamy w bazie lub w Małym Pamirze. Też mam taka nadzieję.
Dojazd zajał nam ostatecznie dwa tygodnie. Poznałem fantastycznych ludzi, zaowocowało to kilkoma przyjaźniami pielęgnowanymi do dzisiaj.
Pomysł Bartka na tę wyprawę był niesamowity. Wszystko organizowaliśmy sobie sami, w starym, dobrym stylu. Wielki szacunek dla calej ekipy. Teraz, by dostać się do rejony wspinaczkowego powstała karawana musi pokonać w trudnych, wysokogórskich warunkach, wąskimi dróżkami blisko… 100km!
No, ale nie uprzedzajmy faktów…
Zostałem sam. Pierwsza kolacja. Pierwsze koty za płoty. Przyspieszony, a w zasadzie ekspresowy kurs dari/farsi. Genialne jest to, że tak naprawdę, do w miarę sprawnej komunikacji, potrzeba nie wiele słów. Czasami wystarczy spojrzenie... :)
Zostałem sam. Pierwsza kolacja. Pierwsze koty za płoty. Przyspieszony, a w zasadzie ekspresowy kurs dari/farsi.
Genialne jest to, że tak naprawdę, do w miarę sprawnej komunikacji, potrzeba nie wiele słów. Czasami wystarczy spojrzenie… 🙂
Powoli w cieniu tonie przełęcz Barogil. Jedno z nielicznych przejść do pakistańskiego Hindukuszu... Zostałem sam.
Powoli w cieniu tonie przełęcz Baraghil. Jedno z nielicznych przejść do pakistańskiego Hindukuszu… Zostałem sam.