Opuściłeś trasę…

Nie wierz nigdy kobiecie,
dobrą radę ci dam,
nic gorszego na świecie,
nie przytrafia się nam…

Wszystko pasuje. A tytułowe: opuściłeś trasę, towarzyszyło nam jak echo, kiedy próbowałem wykrzyczeć złość na głuszy…

Nic nie zapowiadało katastrofy, może niebo trochę ale po wczorajszych upałach przyjęliśmy je, jako niebios dar.
Kawałek dalej za winklem takie dzieło parowe. Obfociłem dla Pastora – miłośnika pary, należycie.
Potem już do Kurśumliji prosto…
Wszędzie ta kukurydza… Znaczy to ni mniej, ni więcej, że ziemia należy do jakiego rolniczego magnata.

W ogóle, to muszę tę kukurydzę jakoś skomentować. Cała Wojwodina nią obsiana i słonecznikami. Normalny człowiek hoduje w ogródku pomidory, paprykę, winogrona, trochę kukurydzy i słonecznika. Świat przemysłowy te dwa ostatnie na paszę i olej. Woły i krowy miast jeść jak ludzie – trawę z ziołami, wpylają genetycznie zmodyfikowaną kukurydzę. Potem my pijemy mleko UHT i jemy wołowinę z krowy (bo tańsza) tuczoną hormonami i „leczoną” tonami antybiotyków, by stłoczone w oborach zarazy na siebie nie przenosiły…

Nie da się ukryć, że z jakością chowu na pampie argentyńskich odpowiedników, nie mogą się takie równać. Na podobnej zasadzie, jak te pasione kiszonką krowy, funkcjonują całkowicie bezsensownie biospalarnie.
Na co olej słonecznikowy w hurtowych ilościach też nie wiem. Mając przydomowe poletko słoneczników, na własne potrzeby tłoczy się na zimno olej, którego jakość jest nieporównywalna z przemysłowym. NIEPORÓWNYWALNA.
No, ale czego oczekuje dzisiaj klient/konsument? By było tanio! Więc produkuje się dużo, by było tanio i by nie potruć przemysłowo zepsutym żarciem, przemysłowo się je zabezpiecza, by było świeże do końca świata.

No i…? No więc kupujemy parówki za 8zl/kg w hurtowych ilościach i tyjemy na potęgę. No, bo ile może kosztować kilogram dobrej wędliny? Tak, ze 50zł/kg. I tu grzebiemy psa z naszym zdrowiem z kretesem… Zjesz kilo gównianych parówek za 8zł i ledwie 160g dobrej wędliny. Po parówkach wzbogaconych glutaminianem sodu masz ochotę na jeszcze. Posmakujesz takiej dobrej wędliny i… wystarczy.
Mojego Strażnika Domowego udało mi się przekonać do takiej ekonomii. Pech w tym, że ona znakomicie gotuje…

Tym niemniej na takim wyjeździe stosujemy taką zasadę do bólu. Tu, w Serbii (czy innej Macedonii) jest o wiele prościej, bo nie musisz szukać. Na każdym bazarze dostaniesz, to czego potrzebujesz, do tego w cenie śmieciowego żarcia w Polsce. Co prawda bronią się tutaj wędliny, bo dobre nie są tanie i ich cena koreluje z polską ale to my – Polacy, jesteśmy najlepszymi specjalistami w produkcji wędlin na świecie i nie marnujmy tego! Kupujmy więc te dobre i nie martwmy się, że są „drogie”, bo relatywnie kosztują tyle, co śmieciowe żarcie, którego nomen omen sporo niewykorzystanego ląduje potem w śmietniku.
Rachunek jest prosty, a pamiętajcie na koniec, że i tak najwięcej kosztuje nas zdrowie. Żywiąc się „śmieciowo”, zdrowie funduje nam kredyt z odroczonym terminem płatności.

No dobra…

Wsi spokojna, wsi…
…bieda…
…aż piszczy…

I te zaniedbane sady… Wieś powoli umiera.
Wyjątki stanowią o regule.
Ale co tam. Nie nasza wieś przecie…
..więc mkniemy ku celu.
A celem proszę jak kogo…

…golenie z szykanami. Brzytwą – upewniam się najpierw – prawdziwą! Za całe 250DIN. Już tak mam, że na każdej wyrypie muszę skorzystać z usług prawdziwego golibrody. Zabrakło, co prawda gorącego na parze ręcznika ale wklepywanie „przemysławki” było.
Wychodzę w pełni usatysfakcjonowany. Ogolonym, ku uciesze i zdumieniu Strażnika Domowego – PERFEKCYJNIE!
Więc na finał, trochę rozpusty niezdrowej… a co tam!
Smacznego 🙂

Próżność zaspokojona ale Wieśka mi miejscowy delikwent zastawił, więc grzecznie proszę, by auto swe przestawił nieco. W odpowiedzi informuje mnie ów, że 300DIN się wyłudzić należy. Szkoda mi było czasu, więc przeszedłem na polski, który ma w swoim słownictwie kilka wyrazów zastępujących wszystkie pozostałe, zrozumiałe dla władających spuścizną po staro-cerkiewno-słowiańskim.
15 sekund potem ruszyliśmy na południe skonfrontować się z prawdziwym czarcim jestestwem…

Davolja Varoś w słowach dwóch, jednym słowem. Mamy farta. Kasa w poniedziałek nieczynna. Bardzo zacne, acz mocno skażone komercją miejsce.
Skażone ale urokliwe.
Wzdłuż rdzawego strumienia… Nawet dwóch.
…pośród buków i dębów…
…już dość czarcich…
…zmierzamy…
…ku…
…ostańcom.

Te z platformy…
…lepiej widać.

No więc tłumaczę…
…skąd te pidndole: 🙂
Po tłumaczeniu schodzimy…
…pięknym dębowym gajem…
…do kapliczki.
Nie dociekałem jej historii ale…
…każda ma swego fundatora. Poznamy go po tym, co na lewym ramieniu prezentuje -niechybnie.
Serbowie są głęboko wierzący. Cofając się do kolebki państwowości i pierwszych władców, trudno jest kulturę i sztukę Serbii oddzielić od wiary. Odzwierciedleniem – dynastia Nemaniczów z kanonizowanym świętym mnichem Symeonem.
Wszechobecne datki, symbolicznym wykupieniem świeczek realizowane, które potem pali się w stosownym dla nich miejscu w jakiejś intencji.
Schodzimy definitywnie.

Dwa strumienie, dwa źródła. Te bije prosto z gleby. Ponoć pH wybitnie kwaśne.
Gaj dębowy ustępuje bukowemu.
Jesteśmy na przyrodzie.
Przyroda na słońcu.

Czas oddać głoś Magdzie.
Dostaje zadanie przeprowadzić nas przez góry do jeziora Barje. Czy da się? Konsultujemy z lokalnym elementem, który zatrzymał się przy nas, kiedy studiowałem papierową mapę.
– Nie ma problemu! Golfem dacie radę.
Swoją drogą zastanawiającym jest jak wspinają się do Davolja Varoś autokary, kiedy ja niekiedy, musiałem się wspomagać pierwszym biegiem…

Zmotywowani zmianą pogody na plus, kierujemy się do Dobri Do.
Jedzie się ładnie ale w samej wiosce mówią, że koleiny dalej spore i że traktorem, to owszem… I czy wiemy, co to traktor?
Droga przechodzi w szuter a na drodze kamienie, co w międzynarodowym języku obrazkowym oznacza – dalej nie jedź.
Ale… mija nas bokiem Audi 80 i jego kierowca twierdzi, że nie ma problemu. Kamieniami nie przejmować się…
F-cznie. Problem pojawił się dalej. Kiedy to szuter przeszedł w klasyka gruntowego z zalanymi jamami… To, że Magda się zgubiła, to ten… Nie ma już znaczenia. Wracamy.

Mam parcie na skróty dzisiaj i odrobinę offroadu lecimy więc przez Prolom Banję. Magda potwierdza, że da się…

Za nim jednak. Przerwa na arbuza i winogrona. Daję kolejną szansę Magdzie i jedziemy do źródeł.
Prolom Banja to uzdrowisko z ładnym basenem, dostępnym ale za dutki i do tego drogo. Nie wiem, co to Prolom ale Banja zobowiązuje do dutków wydawania.
Z wód korzystamy darmowych i jedziemy dalej, by po raz kolejny usłyszeć: opuściłeś trasę.
Podglądam sobie teraz gógla i droga niby jest ale nie da się w nią trafić. Nie napiszę, co o Magdzie sądzę, bo…
…lecimy teraz baaardzo naokoło.
Nie wszystkim odpowiada taka Serbia. Górki nie są za wysokie a granica lasu wysoko. Rzadko wydostajesz się z tej gęstwiny, by cieszyć oko panoramami. Za to jest spokój. Ten sobie tutaj cenię najbardziej.

Magda fiksuje na maksa. Miast prosto z Leskovaca nad Barje prowadzi nad do Vućje. Do tego kocimi łbami…
A słońce zachodzi… Po drodze dopytuję, bo jestem ciut zdezorientowany i jazda się niemożliwie dłuży. Wioski zapadłe całkowicie ze sporym udziałem mniejszości cygańskiej. To z kolei nie wpływa kojąco na duszę mego Strażnika. Im bliżej Barje, tym więcej Cyganów. Po raz kolejny się gubię. Parkuję w centralnym punkcie Goriny i kupuję… piwo. Standarodwe 4l w standardowych petach. Chłodne!

Jedziemy dalej i po raz kolejny w Mirośevce gubię drogę. Miast w lewo jadę w prawo. Autochtoni wskazują kierunek.
Opuszczamy wioskę i powoli wspinamy się ku Barje. Po drodze mijamy charakterystyczne osiedla z dykty. Sami Cyganie w słowackim klimacie. W mrocznym cieniu zaszłego słońca, okolica staje się nieprzyjazna i pobudza wyobraźnię Strażnika.
– Spokojnie, spokojnie… Cyganów zostawiliśmy w tyle.

Po kolejnych paru kilometrach wyłania się zapora. Kilka zaparkowanych aut i dwóch ludków z wędkami pakuje się do całkiem przyzwoitego SUVa. Dopytuję o dojazd do jeziora ale jawi się to mocno problematycznie. Dostępu chroni krótki, może ze 150m podjazd skrajem lasu ale bardzo stromy i z tego tytułu przecięty licznymi koleinami. Nie na sfatygowane sprzęgło Wieśka… Sympatyczni Serbowie oferują, że wskażą nam idealną miejscówkę na nocleg u podnóża samej zapory. Każą jechać za sobą.
Po 300m zatrzymują się przy zjeździe i tłumaczą, gdzie dalej. Życzymy sobie miłego wieczoru i zostajemy sami. Strażnik Domowy jest przerażona…

Przejeżdżamy koło mocno sfatygowanego gospodarstwa, obok spalone Yugo… Jedziemy dalej gruntową drogą, na której widzę traktorzystę… Na szczęście, to biały 🙂 Próbuję go objechać ale prosi, bym poczekał i robi mi miejsce. Przy okazji rzucam:
– Czy można tu postawić szator?
Oczywiście! Nie ma problemu.
Zjeżdżam pod samą tamę. Wokoło „wystrzyżona” łączka otoczona betonowymi blokami. Industrialnie i dość ponuro to wygląda. Zawracam i parkuję nieco wcześniej w cieniu drzew. Miejscówka nawet nawet. Idę się jeszcze raz rozejrzeć po okolicy.

Pod tamą napotykam siedząca na kamieniu przy strumieniu, starszą panią. Profilaktycznie i ją pytam o szator. Odpowiada mi z tą typowo wiejską, kobiecą bojaźliwością. Że tu trzeba pozwolenie, że tu władza, że ona nie wie… itd. No więc rzucam krótkie, że pozwolenie u mnie jest i mówię… dobranoc 🙂
Po raz kolejny utwierdzam się, że na Bałkanach kobity w zasadzie nie decydują o niczym. Nie ma sobie więc, co tam głowę zawracać ich opiniami.
Wracam do Strażnika i ordynuję stawianie namiotu. Idzie nam to bardzo sprawnie ale strach mojej kobitki nie opuszcza. A jak przyjdą Cyganie w nocy a ten traktorzysta, to już wie, że tu jesteśmy a gospodarstwo spalone jak te Yugo a… Normalnie, to dałbym się kobicie napić kawy podlaskiej celem złagodzenia napięcia ale…

…nadszedł właśnie traktorzysta. Nadejście wywołało popłoch w Strażniku i zwiała do namiotu po kuchenny nóż, ja tymczasem podjąłem konwersację. Kilka prostych pytań traktorzysty obnażyły jego niecną… ciekawość 🙂
No, że my z Polski i sobie tak jeździmy po serbskich zadupiach, bo tu jest pięknie, miło i fajnie. Na tę okoliczność poczęstowałem szklaneczką podlaskiego likieru ciekawego świata kolegę. Ów martwił się trochę o nas, bo jak my tu, w tej głuszy, tak bez kolacji itd… 🙂 Powiedziałem, że niczego nam nie brakuje, no… może poza świeżym mlekiem do porannej kawy, na co nasz interlokutor zatroskał się szczerze i obiecał rozejrzeć się w temacie. Tak i owoż pożegnaliśmy się i ciśnienie opadło.

Noc przyszła szybko, czarna jak czeluść odbytu i kiedy sączyłem se w spokoju pifko nagle na drodze rozbłysło światło, potem drugie. Wyraźnie ku nam zmierzał jakiś nieokreślony bliżej pojazd, prawdopodobnie osobowy.
W mego Strażnika jakby piorun strzelił… Zamurowało bidulę ze strachu a i mnie się tak nie bardzo zrobiło, tym niemniej ostrząsnąłem się szybko i byłem gotowy na nowe wyzwania.
Auto zatrzymało się kilkanaście metrów przed namiotem, rzęsiście teraz oświetlonym… Trzasnęły drzwi i w tle pojawiły się trzy postacie. Jak na przesłuchaniu.

Dobry wieczór! Przepraszamy, że przeszkadzamy…
I tu nasz traktorzysta szybko przedstawił swoją żonę i córkę, przedstawicielkę pięciorga rodzeństwa 🙂
Żona traktorzysty okazała się była przesympatyczną, mocno zatroskaną o nas gospodynią i przywiozła nam wraz z córką podobnego nastroju… kolację! Kurde mol, ale jaką?! Pieczone – nadziewane papryki, krowi ser, pomidory, gorące, świeżo wyjęte z wody kolby kukurydzy. Wszystko z własnego ogródka tylko… mleka nie mają! Ale zaraz pójdą do sąsiadów, tu nieopodal i szybko się w tym celu do sąsiadów owych matka z córką udały.

Zostaliśmy z traktorzystą 🙂 Żona mnie trąca, żebym coś… zrobił, no to udałem się i ja szybko po podlaski likier i w gorącej podzięce ów traktorzyście gościnnemu sprezentowałem. Na to wróciły panie i ze smutkiem stwierdziły, że mleko świeże wyszło ale jutro z rana się zobaczy.
Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i nasi goście, nie chcąc zakłócać nam spokoju pospiesznie się oddalili. Po raz drugi zostaliśmy sami…

Kolacja była WYBORNA. Nie znajdziesz restauracji z takim klimatem i atmosferą do jakiej przywiodła nas… Magda 🙂
Los napisał nam piękny scenariusz na wieczór… Nie ma lipy!

I jaką huśtawkę nastrojów nam zafundował…? W oczach i duszy Strażnikach zagościł spokój… To, co nam przyniósł wieczór – zostaje w głowie… Przywraca wiarę w ludzi i dają energii moc.