Noc i…

…o niej jeszcze słów kilka.

Była długa.
Długo i ja nie mogłem zasnąć. Z kilku powodów.
Po pierwsze, ze zmęczenia. To normalne. Pozostałe powody budziły lekką troskę. Przeziębiłem się trochę i męczył mnie katar, co przy bardzo suchym powietrzu podrażniało błonę śluzową. Na przemian sarkałem w papier toaletowy i… dłubałem w nosie (notabene ulubiona czynność na wyprawie). Śluz miałem gęsty, ciemny, nie rokujący dobrze.
Przy kolacji profilaktycznie wsunąłem dwa ząbki czosnku a groszek sowicie okrasiłem cebulą z dodatkiem bladej papryki. W nich cała nadzieja na opanowanie stanu.

Po drugie: doskwierał mi narastający, tępy ból palucha. Ćmił, jak dziura w zębie.
W środku nocy sięgnąłem po ibuprom, by i ten problem okiełznać.
Dotychczasowe ranki nie goiły się ani na jotę. Pod strupami gromadzi się żółta ropa, którą po prostu wyciskam. Źle wygląda stłuczony goleń. Ciekawe, co w tym kontekście będzie z paluchem?
Patrząc na palca stwierdzam, że w buciorach marsz dalej niemożliwy. W klapkach owszem, ale odsłonięty paluch, co rusz narażany będzie na otarcie i działanie wszelakiego świństwa, zgromadzonego w walających się zwierzęcych odchodach, które ominąć nie sposób.

Po trzecie: ranki na pasie biodrowym (krzyżu) uniemożliwiały spanie mi w mojej ulubionej pozycji, czyli na wznak. To w niej najlepiej zasypiam i dopiero potem kulę się embrionalnie.

Po czwarte: napierdalający deszcz. Nie tyle on sam, co jego skutki. Bałem się załamania pogody, bo wraz z nią rosło niebezpieczeństwo na tym odcinku, którego lokalesi w takich warunkach unikają (nie wiem jeszcze, dlaczego?)

No i ciągłe wracanie myślami do domu…
Czy warto tak narażać najbliższych? Nie dbając o siebie, w taki sam sposób nie dbam o nich. Ja coś niby z tego mam, ale oni? Być może, gdyby podzielali moje pasje byłoby mi teraz (i im przede wszystkim) łatwiej. Ale tak nie jest…
Tłukłem się tak z myślami i bolączkami do rana.
Całe szczęście, że idę sam i nie muszę dzielić tych rozterek z nikim. Nikomu nie zawracam gitary, mogę sobie w spokoju ponarzekać, bez świadków mego upadku.
Poranne słońce przywitałem z nadzieją, jak żeglarze wiatr na M. Sargassowym. Jakże ty piękne.
Pokrzepiony na duszy, z uśmiechem na ustach zapadłem jeszcze w krótki, ale bardzo mocny sen…