Marzenia…

Po powrocie z Pamiru w połowie września 2007-ego miałem mętlik w głowie.
Pojechaliśmy w ten Pamir we trójkę. Wraz ze mną informatyk z Krosna i ordynator detoksu z jakiejś pipidówy na Śląsku. Poznaliśmy się w necie i raz, kontrolnie spotkaliśmy się w Bieszczadach.
Dziwny był to wyjazd… Rozstaliśmy się w Ałtaju w dość kontrowersyjnych okolicznościach, po przejechaniu wspólnie ponad 12 000km w ciągu 40 dni. Tak to niefortunnie wyszło, że zostałem bez swoich map (nie było w tym niczyjej winy – ot, bezładny trochę przepak fantów) z przewodnikiem Pascala po Rosji (wyd. I) i gps-em, którego nie umiałem obsługiwać.

Zostałem z 50$ w kieszeni i dwustoma rublami. W baku akurat tyle paliwa, by dojechać z Barnaulu do Nowosybirska.
Kiedy obudziłem się pierwszy raz sam, doszedł gwałtowny spadek temperatury. Jeszcze wczoraj zasypiałem w aucie przy 30 kreskach celsjusza. O 6-stej rano na przystanku autobusowym, przy którym zaparkowałem, ludzie jadący do pracy, stali w ciepłych kurtkach i czapkach. Z ich ust buchała para.
Śmiesznie musiałem wyglądać, kiedy w krótkim rękawku i spodenkach wysiadłem z auta, by się zapytać, którędy na Barnaul…

Prosta arytmetyka podpowiadała mi, że 50$ na 5000km, by dojechać do domu, to trochę za mało, nawet w Rosji. Brakowało tych dolarów co najmniej 300…
O dziwo, po raz pierwszy na tej wyprawie (pozwolę sobie ją tak nazwać) nie miałem żadnych wątpliwości, że dam sobie radę. Nie musiałem ich z nikim dzielić, o nikogo, poza sobą, martwić się, dbać, przejmować się… Za nikogo nie musiałem odpowiadać. Po raz pierwszy droga do celu stała się tak klarownie czysta i prosta. Po raz pierwszy mogłem podjąć konkretną, w pełni autonomiczną decyzję.

Ten stan i perspektywa, otworzyła przede mną nową przestrzeń. Ta przestrzeń, to wolność. A wolność dodaje skrzydeł… 🙂

Wszyscy ci, co dzisiaj jada przez Rosję są zdumieni, że ona taka europejska, a drogi (główne) i obwodnice wielkich miast w niczym nie ustępują zachodnim rozwiązaniom. 10 lat temu, to był prawdziwy kołchoz… O ile jechałeś federalką, to jechałeś… Droga prosta, jak drut. Wraz z rogatkami wielkich miast ginęła prostota i pojawiał się chaos. Żadnych oznaczeń…
Z Nowosybirska pomógł mi wyjechać taksówkarz, który był moim drogowskazem. Pół dzisiejszego Trójmiasta przejechałem za nim… 🙂 Ot, taka bezinteresowna pomoc obcemu. Jekaterynburg przejechałem kierując się pozycją… słońca. Kazań nocą i właściwie, to nie pamiętam jak tego dokonałem.

Potem było już górki.
Koleso Moskwy, federalka M9 i chujowi Łotysze na granicy. Nie urywam „ch” trzech kropek. Tak ma być – CHUJOWI. Tę wypacykowaną blondynę kopnął bym w dupę z zadęciem. Okazję miałem raz jeszcze, rok później. Jak nie zapamiętała mnie, to na pewno zapamiętała Toyotę, bo od razu wzięła się do swojej chujowej roboty, ale teraz nie o tym… O tym będzie na koniec.

Mijając tę bramkę z napisem RZECZPOSPOLITA POLSKA, czułem się o wiele bogatszy, niż 44 dni wcześniej, jadąc w przeciwpołożnym kierunku. Nie miałem złamanego grosza przy duszy, od dwóch nic nie jadłem, ale jedyny głód, jaki czułem, to było te dziwne uczucie pustki, którą lęgła się w moim mózgu, z minuty na minutę, z każdym pokonanym kilometrem… Ta pustka, to idealne siedlisko dla marzeń, głównego opiatu duszy włóczykija.
Sukcesywnie zacząłem ją nowymi wypełniać…