Kryzys

Pobudka 7.45, poniedziałek, 3765m.
Papier w uszach nie pomógł, do tego walka z nosem. Od ciągłego sarkania mam silnie podrażnioną błonę śluzową w okolicy nozdrzy, znaczy w miejscu poboru powietrza.
W zasadzie, to nie mam się nawet jak dotknąć do tego nosa. Zresztą wszystko mnie napierdala!
Ropy wyciskam z dobrą łyżkę stołową. Mój przedwczorajszy leczniczy zabieg psu na budę się zdał. O dziwo goi się paluch! Ropy tylko kapinka, cud jakiś.

Wywlekam ciało na zewnątrz. „Wywlekam”, to najbardziej właściwe określenie tego procesu. Wszystko jest procesem. Każdy proces właściwy poprzedzony jest procesem podejmowania decyzji. Ten ciąg zdarzeń przypomina stawianie domku z kart. Subtelnie, powoli, aż do zjebania konstrukcji i od nowa.
Na przykład takie pakowanie plecaka. Już niby spakowany, ale nagle pojawia sie wniosek racjonalizatorski. Dzisiaj jest to zamiana butów stronami. Znaczy but, który był po lewej mańce ląduje teraz po prawej. Dlaczego? Ponieważ domniemywam złego rozłożenia ciężaru na skutek różnicy w długości sznurowadeł.
Nie wgryzajmy się za bardzo w temat, bo decyzję o zamianie poprzedził bardzo długi proces myślowy. Skomplikowany wywód doprowadził mnie do takiego właśnie rozwiązania.

Mimo, że w nocy kropiło nieco, poranek był słoneczny. W ogóle słońca dzisiaj jakby więcej.
Na początek soczyste podejście. Ni bym cały połamany ale maszeruję w tempie 50 tip topów i pauza. To znakomity wynik!
Pojawia się jednak znany mi wcześniej kłopot. Znaczne zużycie wody a potoków jak na lekarstwo. Do tego robi się niesamowicie gorąco. Nie wieje ze względu na mocno osłonięty teren i to wystarczy.
Gdy w końcu trafiam na wodopój, piję prosto ze strumienia. Spędzam przy nim dobry kwadrans, próbując schłodzić gorące ciało.
Zaraz potem ścieżki się rozchodzą. Wybieram tą wzdłuż Wachanu, by wykorzystać każdą możliwość do jego przekroczenia. Wg mapy gdzieś tu powinna być osada Haszkoz ale nic nie widzę. Kawałek dalej zaś ruiny grobu Sawabchana. Ten kawałek, to jakieś 3-4km.

Upał staje się nieznośny. W pewnym momencie zaległem pod jakąś skałą, by odpocząć w cieniu. Marzę o krótkiej drzemce, która przywróciłaby mi siły. Nic z tego. Do tego woda znika w zastraszającym tempie.
Kolejny strumień jest wybawieniem. Pozwalam sobie na krótką kąpiel, tym bardziej, że woda jest wyjątkowo ciepła. Skoro tak jest, to dodaję mikropura po pigułce na butelkę. Sporo tu trawy i wyraźnie widać, że strumień służy nie tylko mi za wodopój. Wokół pełno racic więc nie chcę ryzykować.

Jeszcze jeden pagórek i staję u wrót Małego Pamiru. Widzę ruiny grobu. W prawo od nich na wschód odbija Dolina Wachdżiru. Widzę mostek przez Wachan. Tuż za nim wpada do niego Wachdżir.
Przechodzę przez mostek i znowu stąpam po Hindukuszu. Zawracam o 180 stopni i jestem na szlaku prowadzącym do Pakistanu. Podchodzę niespełna kilometr i postanawiam się rozbić.
W zasadzie, to nie ma tu żadnej ścieżki. Widocznie sam szlak biegnie nieco wyżej, ale to już zagadnienie na jutro.
Pierwszy raz od przełęczy Karakabczał zachwycam się okolicą. Podczas kampanii afgańskiej znajdowała się tu radziecka baza wojskowa (jej zdjęcia dostępne są w Google Earth). Pozostałością po niej są setki metrów zasieków z drutu kolczastego, rdzawego szalu otulającego sąsiednie wzgórze.
Siedzę przed namiotem, towarzyszy mi powoli zachodzące słońce a ja biję się z myślami.
Wszystko bylo dobrze dopóki na zachodzie nie dostrzegłem zbliżającego się ku mnie licznego stada jaków z grupą pasterzy…

Główne zajęcie do wieczora, to palenie zwojów. Po rozważeniu wszystkich wariantów doszedłem do wniosku, że entuzjastycznie witana przeze mnie wczoraj drużyna alpinistów, to dzisiejsi pasterze.
Prysła już tak klarowna koncepcja i nie potrafiłem zastąpić jej żadną inną.