Dzień szósty

Drugi dzień bez kawy. Do obiadu nic. Po obiedzie sałatka z pomidora, czerwonej cebuli i ogórka gruntowego. Ten ostatni tym razem przetarty, jak do cacyki. Malutki wyłom, to pół łyżeczki majonezu i trochę tych wczorajszych arachidków (jutro wymierzam karę). Do sałatki jeszcze mały słoik buraków.
Z pijalni, to sok wyciśnięty z grapefruita i woda z kranu. Taką pijam od zawsze (jeżeli już woda ma być) i każdorazowo do niej sypię witaminę C w proszku* (lewoskrętna „oxfordzka” – 37zł 1kg). Witamy – to ćwiartka łyżeczki. Całej tej wody, z półtorej szklanki wyjdzie na dzień i to przy umiarkowanym wysiłku fizycznym. Nie czuję potrzeby chlania, to nie chleję. Sikam normalnym, jasnym moczem, więc jest ok.
Na deser truskawek z dobre pół kilo, jak nie więcej.

Pobiegałem dzisiaj trochę, pompków narobiłem i nie powiem… czułem się dzisiaj git. Do póki nie zjadłem tych pieprzonych arachidków… Ale już ich nie ma i będzie spokój.

*po witaminie płuczę gębotwór w dwóch łykach naparu z szałwii.