Burek i jego buda

„Proszę, u nas to wszystko nazywa się kapuśniak na świńskim ryju. Specjalność zakładu”. Tytus, Romek i A`Tomek. Księga XI. Ochrona zabytków.
Zamówienia nie będę powtarzał. Kto się wychował na Tytusach, ten wie… 😉

Specjalnością serbskich piekarni (pekara) jest burek. Bazą jest ciasto kruche podobne do francuskiego o nazwie filo. Filo po grecku oznacza liść. W burku tych liści cieniutkich jak kalka jest cała kupa a w kupie zawinięte jest mięso, ser, szpinak lub miszung sera ze szpinakiem np.
Burek może mieć formą okrągłego placka (krojonego jak pizza na ćwiartki lub ósemki), zwijanych „parówek” łączonych w mnogi szereg lub inne wariacje. Nieistotne. Istotne, że jest tani i smaczny. Czasami mocno ocieka tłuszczem, wtedy dostaję opiernicz od Strażnika, bo ten tłuszcz zawsze ląduje na mojej koszulce, wcześniej na całych policzkach i dłoniach. Pogodziłem się z tym.

Burek „samborski” z mesom.

Burek został odkryty rok wcześniej i stanowi trzon mojej bałkańskiej diety, budżetowej diety. Kosztuje w przedziale 80-110 DIN (SRB) co lokuje go między 80centami a 1€.
Za nim napiszę, co stanowi uzupełnienie tej diety dodam, że najlepszy jak dotąd burek (do tego bardzo tani – 60DIN) zjadłem w Vućje – małej dziurze leżącej u podnóża Planiny Kukavica na trasie górskiej drogi Leskovać – Vranje. Nadzieniem był ser i szpinak. Pani sprzedawczyni powiedziała, że jest super i nie było w tym stwierdzeniu grama ciasta przesady.

O samym Vućje również należy wspomnieć choćby w kilku zdaniach i nie chodzi tu o jego położenie (choć z pkt-u widzenia poruszonego tematu jak najbardziej) ale z racji wybudowania tu drugiej w Królestwie Serbii elektrowni wodnej (1903r.) i pierwszej linii przesyłowej energii elektrycznej (Vućje – Leskovać). Autorem projektu był profesor Djordje Stanojević – przyjaciel Nikoli Tesli, którego nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba.
Elektrownia ruszyła 24 grudnia, dokładnie w 26 lat po wyzwoleniu Leskovaća z rąk Turków. Osobliwością są wodospady (30 i 40m) i kanion rzeki Vućjanki (głębokość 150-300m) z Djokini Virs w których można się kąpać (temp. wody – 23st.), której wody zasiliły turbiny elektrowni. Niestety, o wszystkim dowiedziałem się po fakcie, czytając o Kukavicy (1441m), pod którą podjazd nadwyrężył psychę Strażnika Domowego a i na mnie wywarł piętno.

Kukavica, to gatunek kukułki zwanej… tchórzem… 🙂 co idealnie oddaje nastrój, jaki nam towarzyszył na podjeździe. Na pierwszych kilometrach prowadził on wzdłuż kanionu Vućjanki, asfalt zaczął się rwać przechodząc w szuter – im wyżej, tym bardziej poorany ciekami wodnymi. Do tego min. 10% nachylenia, serpentyny, miejscami mgła i specyficzny mikroklimat sosnowo-dębowego lasu (od strony południowej – 100-letnia buczyna) podkręcały atmosferę.

Burek „vućjanski” z serem (białym twarogiem) i szpinakiem.
Konsumowany w cudnych okolicznościach przyrody na przełęczy pod Kukavicą z jakieś 1350m.n.p.m.
Skok do Sarajewa na burka. Bardzo dobry punkt z wszelkimi, burkowymi wariacjami. Idealna alternatywa dla droższej znacznie, zatłoczonej carsiji.

Ale wracając do kuchni.
Uzupełnieniem diety burkowej, było to, po co tu m.in. przyjechałem. Warzywa, owoce i mleczne przetwory. Co prawda pierwsza połowa sierpnia nie jest najlepszą porą, by wykorzystać pełen potencjał tego, co rodzi tutaj ziemia (nie jest to czas na czerwoną paprykę i ciemne winogrona np.) ale jest z czego korzystać. Byłem w Macedonii i Albanii w połowie września więc wiem, o czym piszę.

Tym niemniej można „użiwat” skolko ugodno. Dostępność różnych rodzajów bladej papryki zabija, czerwona dopiero pojawia się ale nie da się porównać tej, co kupujemy u nas do świeżej, zwłaszcza tej kupowanej z czyjegoś ogrodu. Do tego pomidory… Można zwariować łącznie z cenami. Macedonia nieznacznie tańsza (winogrona ciemne tańsze w MKD dwukrotnie ale to nie czas na nie). Na deser lubenice (arbuzy) i różne odmiany melonów.
Szczególną atencją darze arbuzy, za ich nieprzeciętne walory, które doceniłem pokonując wielokrotnie pustynie Azji Centralnej jako doskonalą alternatywę dla wody i środek aseptyczny (o tym doczytacie w rozprawkach afgańskich 2010).

Osobny rozdział to sery. Krowie (delikatne), kozie, owcze w 10-tkach odmian… Można się zajadać bez końca. Jeżeli dodam, że kilogram zwykłego, krowiego białego sera kosztuje 1$ (owczego 5), to nie mamy o czym dalej pisać. Owszem w Czarnogórze w Durmitorze kupiłem owczy, gdzie pani góralka (własna produkcja serów) winszowała sobie 8€ za kilogram (tamże dostałem litr owego mleka, co się mnie skisło w drodze – nic nie tracąc z walorów oczywista – jako takich) ale to była Czarnogóra.
Jest to też jeden z powodów, dla których MNE została ścięta z listy i powierzyłem jej rolę kraju tranzytowego jadąc z Sarajewa do Sandżaku. Pierwotnie założyłem nocleg w górach Durmitoru gdzieś po drodze do Żabljaka lub w okolicach kanionu Tary ale jakoś nic tam nie było nas wstanie zatrzymać na dłużej.

Kilka razy otrzymywałem sery w ramach spontanicznego prezentu i te smakowały najlepiej… 🙂 O tym jednak wspomnę w wydzielonym wątku.

Gdzie szukać tych wszystkich produktów zatem…?
Na bazarach, targach i stoiskach przy drodze – takich, z których ludzie sprzedają swoje, domowe wyroby w tym warzywa i owoce. Jeżeli nie chcesz, by ci mleko do kafy skisło w drodze niestety musisz się zadowolić mlekiem z kartonu.

Bazarom poświęcę odrębny odcinek.
Raj serowy. Za 50DIN MKD kupisz kilogram krowiego, świeżego – delikatnego w smaku sera.
Można wybierać…
…bo naprawdę jest z czego.

Odkryciem tegorocznym są wędliny typu salami. Niektóre o bardzo wyrafinowanym smaku ale też i cenie. Testowaliśmy kilka rodzajów ze sfery budżetowej i klasy wyższej. Powiem krótko nie żal wydać na dobry produkt 10$/kg. Jako urozmaicenie diety – polecam.
Ćevapćići, pljeskawicy itp. wyrobom nie poświęcam czasu, bo dla fana polskich wędlin i mięsnych wyrobów nie jest to żaden wybór. Moje zdanie i tego się trzymam. Coś z ćevapćići co trzymało jakiś poziom zjadłem raz i to w Sarajewie ale cena – 20zł za porcję z frytkami, w kontekście tego, co f-cznie za to można kupić – nie do zaakceptowania.

Na pierwszym planie krojona z pęta, doskonała salami. Do tej pory salami kojarzyłem z Madziarami – błąd. Tak nawiasem przed wami wzorzec kolacji – model 1.
Model 2.

Z pozostałych mogę polecić coś na kształt naszego baru, gdzie żywią się miejscowi. Tamże dostaniemy coś więcej niźli wspomniane wyżej ćevapćići czy pljeskawicę. Podadzą nam tam zupy, gulasze, nadziewane wszelakim farszem papryki, bakłażany itp. Zupełnie przypadkowo trafiliśmy na taki przybytek w dzielnicy tureckiej w Novym Pazarze.

Lokal prowadzi dwóch sympatycznych muzułmanów.
Ja zjadłem ciorbę, przypominającą w smaku nasz poczciwy krupnik. Wyróżnia dodatek przetartej papryki bladej z pomidorem. Strażnik Domowy konsumuje alternatywę do musaki. Do tego kosz białego pieczywa.
Tutaj podzielono nam porcję nadziewanej, bladej papryki. Coś na kształt naszych gołąbków. Całość w sosie pomidorowym. Pyszne. Wyszliśmy najedzeni do syta płacąc w przeliczeniu łącznie za wsio 7,5$.
Polecamy lokal… 🙂

Dominuje tu islam (90% mieszkańców Novego Pazaru to muzułmanie) w związku z tym panuje szczególna atmosfera. Poczuć się tu można jak w Sarajewie (ten jednak wydaje się bardziej kosmopolityczny) i takie porównanie przyszło mi na myśl, kiedy chroniąc się przed niemożliwym upałem, przycupnęliśmy w jednej z licznych kawiarni na małą czarną.
Zjechaliśmy do centrum prosto z Sopociani – monastyru będącego przykładem największego dzieła serbskiej sztuki sakralnej, wcześniej zaliczając krótki piknik nad rzeką przy źródle w otoczeniu spędzających podobnie czas muzułmanów.

Najpierw „prysznic” w chłodnym strumieniu, potem konsumpcja ciemnych winogron. Również dobrze gaszą pragnienie i dostarczają energii do dalszej jazdy.
Pikinik novopazarski.

Novy Pazar wierny osmańskim korzeniom wydaje się być najbardziej turecki z wszystkich miast regionu, odebrany Turkom dopiero w 1912r. Porównany z Sarajewem znacznie bardziej prowincjonalny a to dla mnie duży atut. Życie tu toczy się swoim rytmem, którego nie determinują turyści. Turyści tu nie docierają. Np. jadąc do Kosowa przy drodze w żadnym kramie przy niej nie kupisz piwa, co było dla mnie małym problemem ale w końcu dostałem namiar na jedyny sklep w promieniu 30km, który piwem (zimnym na szczęście) handlował… 😀

Na kolację skok do znanego, letniego kurortu nad Ohrydem. Knajpa bez specjalnego blichtru. Właścicielka, 82 letnia, starsza pani prowadzi ją z synem ale lokal jest jej. Drugi ma w Stambule. Żarcie dobre.

Na pierwszym planie tavće gravće (fasola zapiekana w glinianym naczyniu), dalej sałatka szopska. Reszty nie komentuję… Strażnik Domowy po ponad dwóch tygodniach „bałkańskiej diety” zażyczyła sobie kurczaka z rożna z frytkami i surówkami.. 🙂 Koszt całości z napiwkiem 11$. Wszyscy najedzeni. W Sopocie ponad stówa. Tyle, że nasz Sopot do letniego Ohrydu, to jak basenik dla dziecka do aguaparku pod Berlinem.

3 Komentarze

  1. Tak się właśnie zastanawiałem czy był to wyjazd typowo kulinarno-znawczy czy też wątek chmielowy się pojawi.
    Na szczęście jest.

    • Złapałeś mnie dokładnie w punkt, z przemyśleniami, po co ja tam właściwie pojechałem i o czym właściwie piszę. Zrozumiałem, że pojechałem, by się nad niczym nie zastanawiać, być wolnym od wszelkiego pierdolingu, rozwiązywać proste problemy tu i teraz bez tej chmury bodźców, niczym komarów, które atakują zaciekle i metodycznie w ciepły i wilgotny wieczór.
      Tak naprawdę największą radość sprawiała mi pustka w mózgu i ta chwila planowania na przekór Magdzie, gdzie następnego dnia pojadę, bez specjalnego wybiegania za bardzo do przodu. No, bo jak ci się np. spier… Wiesiek, to gdzie pojadę…? Ale Wiesiek miał inne plany. Chciał nam towarzyszyć bez narzucania. Słuchał Magdy i nam współczuł… Po co on planuje – myślał, skoro Magda i tak… Tu se przeklął pod nosem i rano odpalał jak co dzień.
      Poświęcę na to jeden odcinek, by opisać pusty mózg. Strażnik Domowy miała więcej zajęć. Za dnia się bała, wieczorami dłubała przy urodzie… takie babskie zajęcia typu: ciągłe czyszczenie paznokci np. Równolegle toczył się nienamacalny i nie tak oczywisty, jak ruch pilnika, inny proces. Ważniejszy…
      Pozdro!

  2. Całkowicie utożsamiam się z twoim sposobem myślenia – czyli nie zastanawiania się nad rzeczami zbędnymi.

    Taka zaplanowana pustka – bez – jak to fantastycznie określiłeś – pierdolingu to zasada, którą wyznaję na każdym wyjeździe. Leciałem ścianą wschodnią stosując tą metodę i było absolutnie fantastycznie.
    Zdrowia!
    Apage Brain Pierdoling!!!

Komentowanie jest wyłączone.