Bartek Grąbczewski


Wiśnia na torcie. Miał być Grąbczewski z tych Grąbczewskich na wyrypie i… spisał się znakomicie.
Harcerz. Taki urodzony. Urodzony by pomagać.
Kiedy zgadałem się z Bartkiem pierwszy raz (dzięki Ponckiemu!) od razu podjął rękawicę i wciągnął się w temat. Najmłodszy (razem z Wąskim) uczestnik wyrypy.
Chłopak z lękiem wysokości ale „pcha” się w wysokie góry. Wcześniej szkolenie lodowcowe. Jednym z zadań jest wskoczyć do 10-metrowej dziury licząc na to, że twoi towarzysze z zespołu wyhamują twój lot. Taka symulacja wpadnięcia do szczeliny. Wcześniej jednak trochę zadań z asekuracji i autosaekuracji. Trza się wspiąć i zjechać do podstawy skały… od razy wyłapałem problem Bartka.
Kiedy stawiałem pierwsze, wspinaczkowe kroki miałem to samo. Okazało się, że lęk wysokości można minimalizować Mi się to udawało. Jako dzieciak bałem się stanąć na balkonie przy barierce. Strach mnie paraliżował ale z ekspozycją da się oswoić, zwłaszcza, kiedy skupiasz się na jakimś celu.

Bartek to wszystko przeżywał teraz w mega pigułce. Skok do dziury i potem mozolne prusikowanie do góry, wzbudziło we mnie szacunek do tego chłopaka. Na wyrypie okazało się, że ma znacznie więcej zalet.
Dostał w spadku po Karpiu namiot, który przypominał durszlak a przez największą dziurę udało sie nam mu nawet podać całego arbuza. Cieszył się, że nocą ma gwiazdy na wyciągnięcie ręki…

Bartka wcześniej nie znałem. Z Biesowiska mało pamiętałem, bo tam się traci pamięć bardzo szybko. Wiem, że będzie kontynuacja projektu i wiem, że potencjalna nieobecność prawnuka stryjecznego Bronisława Grąbczewskiego robiłaby różnicę. Na pewno byłby śmielszy w spożywaniu likieru podlaskiego… tak nagle się skończył:)