Z Dziennika Wąskiego

Koło zapasowe.
Pyta mnie ojciec jednego wieczora:
– Słuchaj ale ile tam w końcu aut jechało, bo ja czegoś nie rozumiem? Jest Lublin bez reduktora, z reduktorem i Golf.
Tego pierwszego zostawiliście w Duszanbe?

Hm… To jest dopiero historia… Opowiem o tym dzisiaj wieczorem moimi oczyma.

—-

Słuchaj Wąski… Ja tego do końca nie rozumiem. Karpiu od razu powiedział, że będą z tego nici a Fazik utkał z tego prawdziwy, wełniany sweter….
Taki razgawor w Golfie z jego kierownikiem, gdzieś na płaskowyżu…

Właściwie koło zapasowe.
Opowiadam to staremu, on na mnie patrzy i… nalewa sobie kieliszek.
– Nie krępuj się…!

No więc, to było tak.
Wał crystan.pl (nóweczka na zamówienie) okazał się krzywy jak banan. Ten łączący reduktor z tylnym mostem… To było jeszcze poza mną… Fazik na 24h przed wyjazdem podejmuje decyzję, by Lublina przywrócić do… stanu fabrycznego.
– Bo to się nam po drodze to rozpier… A trza jechać minimum te 80km/h.
To się dzieje naprawdę…

Zastanówmy się nad logistyką, bo akurat jest wtorek w południe a dnia następnego jest święto (15 sierpnia). Potrzeba fantów!
Te zostają namierzone w… Strykowie na szrocie lublinowym. Przy okazji Fazik „zamawia” oryginalny tunel i lepsze śmigła do chłodzenia.
Cichy startuje z Radomska do Strykowa, stamtąd w opolskie, gdzie na przeciw wyjeżdża mu Karpiu i przejmuje fanty.
Mamy wtorkowy wieczór.

Nocą Lublin wraca do starych szatek. Rankiem dopieszczany jest system chłodzenia. Chłopaki (Fazik i Karpiu) po wypiciu stu piw… No może 105-ciu padają na ryj i idą spać.
Wieczorem kładą kafelki na podłodze i coś tam jeszcze. Maurycy rzeźbi kuchnię w drewnie z litego dębu. Fantazyjne wzory (liście laurowe chyba), system zawiasów XIX-wiecznych w oryginale i inne takie cuda cudeńka. Każdy ma zajęcie.

Zaraz potem startują na Wschód, zabierając Cichego i Bartka po drodze, gdzie Fazik we W-wie na ulicy wymienia tarcze hamulcowe i tak długo weryfikuje sprawność działania układu, że w końcu mucha zdycha w locie.

I to słuchajcie… jedzie! Sunie ta fleche 5000km i gdzieś na rogatkach Duszanbe Fazik ordynuje pit stop.
Cały majdan ląduje na zewnątrz a z luków naszej torpedy wyciągamy… reduktor i dwa wały!
Pamiętam minę kazachskiego celnika, kiedy wywalaliśmy wszystko przed rentgenem i ujrzał na podłodze nasz zestaw…
– Co to jest…?!
Zapcziasti…

Znajdujemy kanał na stacji paliw wieczorem. Wymagana jest zgoda kierownika, którego nie ma. Dzwoni do niego ochroniarz…
– Chłopaki robią serwis. Montują… nowe auto! Mówią, że zajmie im to chwilę.
Ok.

Fazik wchodzi w trans. Karpiu i Bartek działają jak automaty. Kubica chciałby ich mieć w Williamsie, gdzie pracuje kuzyn mego ojca.
Ale… Stelaż podpory nie pozwala włożyć reduktora! Trza go przyciąć… blacha 6-stka… Jest brzeszczot na szczęście ale trzeba nim bardzo delikatnie operować. Do akcji wchodzi El, który przez 6-mcy z grubasa zrobił z siebie atletę (codziennie rano na wyrypie 150 pompek plus na finał po 20 jeszcze na jednej ręce!
Wyklucza go Fazik:
-El, ty upier… brzeszczot chwila moment! Ściągaj olej z mostu!

Piłują: Fazik, Karpiu i Bartek na zmianę… Całe 2h!
Karpiu, w czym mogę pomóc?
– Nie przeszkadzaj!
Cichy ordynuje zatem robotę przy kolacji. Dzisiaj ziemniaki w warzywach plus peklowany gulasz Maurycego!
Jedziemy z El`em po produkty.
Bez problemu kupujemy worek ziemniaków, kilka kilo marchwi, cebuli i bladej papryki.
– Weź Wąski jeszcze 30 piw i 2l wódki… Nie… Trzy! Ciężko pracują chłopy i głupio by było, by zabrakło.

Znam już możliwości tej załogi, więc wykonuję polecenia bez szemrania.

Jak przyjeżdżamy Alik na linie w środku Lublina przytrzymuje reduktor. Trza się spieszyć z kolacją, chłopaki finiszują!
Do szybkowara smalec ze skwarkami, full ziemniaków, pokrojona w słupki marchew i w kosteczkę cebula. Jak El ekspresowo szatkował cebulę (sic!)… Kurde, jak w kitajskiej kuchni!
Papryki nawet nie opierał o deskę (tu całusy dla Izeczki gołąbowej- od El`a i Karpia!)…
Kiedy zdejmujemy szybkowar z gazu chłopaki dokręcają ostatnie śruby…

Jestem w szoku… Teraz już jestem pewien, że ta wyprawa nie ma prawa się nie udać… Wszyscy, jak jeden wykonywali polecenia Fazika i szefa Kuchni – Cichego bez mrugnięcia okiem.
Jemy, walimy stakany jeden za drugim… Zalegamy na „tapczanach”. Tak się nazywają te ichnie łoża do siedzenia po tadżycku. Teraz już wiecie, skąd polskie tapczany
Skąd się na nich wzięlismy…? Ano do zaprawki przylegała… knajpa
Polegliśmy około trzeciej, może czwartej nad ranem…

Miny pań „kelnerek” o 6-stej rano – bezcenne. Tylko Maurycego się przestraszyły, bo wygląda jak Afganiec.
Niestety, przy kolejnej akcji w Biszkeku, kiedy to znowu wracał stan fabryczny już mnie nie było. Podobno operacja trwała chwila moment… Nie było sensu gotować… Ledwie po kilka stakanów padło…

Tymczasem gdzieś… nie wiadomo gdzie: